Racjonalista - Strona głównaDo treści


Fundusz Racjonalisty

Wesprzyj nas..
Zarejestrowaliśmy
153.390.176 wizyt
Ponad 1061 autorów napisało dla nas 7297 tekstów. Zajęłyby one 28797 stron A4

Wyszukaj na stronach:

Kryteria szczegółowe

Najnowsze strony..
Archiwum streszczeń..

 Co z Brexitem?
będzie drugie referendum
będzie początkiem końca UE
zyska na nim Wielka Brytania
ostatecznie wzmocni UE
dużo hałasu o nic
  

Oddano 2454 głosów.
Chcesz wiedzieć więcej?
Zamów dobrą książkę.
Propozycje Racjonalisty:
Sklepik "Racjonalisty"

Złota myśl Racjonalisty:
"Kłamstwo jest jedyną ucieczką słabych"
 Kultura » Sztuka

Atak Kraka. Twórcownie czy akademie? [4]
Autor tekstu: Stanisław Szukalski

Jeżeli porównamy te kolosalne sumy płynące na utrzymanie akademickiego systemu i ilość ludzi zmarnotrawionych, z maleńkim kosztem byłej szkółki Stryjeńskiego w Zakopanem i Pruszkowskiego odrębnie prowadzonego kursu w warszawskiej Szkole Sztuk P., i ilością uczniów o rozwiniętej twórczości, to już mimo zaślepienia tradycją ujrzymy śmieszność i wprost kryminalne, choć nieświadome, marnotrawstwo społecznych bogactw w kapitale i narodowych w talencie.

Do akademji i szkół sztuk pięknych przyjmuje się uczniów na tyle już ujawniających swoje talenty, że ci mogą przejść trudny techniczny egzamin. Z pomiędzy nich wybierają profesorowie tylko tych, co najlepiej umieją skopjować modela na papier lub glinę, gdyż ta zdolność w opinji profesorów ma stanowić „niezbity" symptom talentu. Stryjeński, hindusi dzisiejsi i dawniejsi, jak i majstrowie średniowiecza, przyjmowali bez egzaminów. Chłopacy, zawsze bardzo młodzi, pierwej popychadłami byli, potem artystami z musu zewnętrznego, a na końcu wewnętrznego. Starali się być talentami i zostawali nimi, gdyż majster tak kazał. Każdy bez wyjątku w tym systemie wychowany pozostaje rzeźbiarzem, boć i rzeźba i malarstwo to jeszcze nie sztuka, lecz rzemiosło. Sztuka dopiero jest tem, czem i jak oni je uświęcą. Rzemiosło jest to zaledwie instrument, sztuką jest melodja.

Fragment
powyższegoAkademicka wylęgarnia przyjmuje uczniów tylko dorosłych i już okazujących niezbicie swą zdolność twórczą, lecz nie nauczywszy ich nawet rzemiosła, zmarnotrawiwszy ich lata studjami przez błędnych profesorów kierowanemi, wypuszcza ich w świat z wytrzebionym popędem twórczym, smutne istoty, okłamane i nieświadome krzywdy im wyrządzonej. Typ ludzi tak sprodukowanych to zdziałał, że w ich opinji okazanie najniklejszych sztuczek zawodowych, najmizerniejsza umiejętność rzemiosła nazywana jest jednogłośnie talentem. Ten ma „świetną formę", tamten „konstrukcję", inny plamą „bajecznie operuje", a tysięczny jest talentem "bo" jest kolorystą. A przecież znać te wszystkie razem wzięte techniczne potrzeby i plusy jest zaledwie jego psim obowiązkiem.

Otóż nasi profesorowie są gromadą takich-to właśnie „talentów", produktów akademickiego wylęgacza, byłych uczni, a obecnych odtwórców natury, kłamliwych lub rzetelnych. Strąceni z Pegaza nieświadomą złośliwością poprzedzających ich profesorów, którzy służyli szkodliwemu systemowi i z niego żyjących, pełzają na poziomie objektywności nietwórczej, dzwoniąc pustką, ale pustką ołowianego dzwonu. Nie są oni zdolni swym uczniom nawet wiedzy zawodowej przekazać, a jedyną korzyścią z akademiciego systemu jest ta, że olbrzymia ich ilość i pokrewna im kasta, poza akademją, ludzi nietwórczych, szkodliwych przez swój brak talentu pedagogicznego, znajduje wielkopańskie i niezasłużenie zaszczytne utrzymanie. Kpią oni z dorobku twórczego Zofji Stryjeńskiej i przepięknych rzeźb tworzonych przez chłopców w szkole Karola Stryjeńskiego. Silą się, swą wykrętną adwokaturą ośmieszyć fenomenalny wprost dorobek pedagogiczny Pruszkowskiego. Silą się ci wykrętni adwokaci i oportuniści, by podciąć zasługę jego chłopców, rzucając nibyto insynuację, że twórczość ich jest tylko naśladownictwem takiego czy innego stylu wielkiej sztuki. Niechajże pokaże nam któryś z nich choć jednego z największych twórców, któryby kogoś w czemś nie przypominał, majstra swego lub też stylu, który mu jest najbliższy. Dlaczegóż to oni widzą zło i rzucają kamieniem w młodzieńca, co od wielkich majstrów czerpie swe pierwsze pobudki, a chwaliliby go, gdyby, zarażony, roznosił w swej nieudolności patologiczną impotencję Cézanne’a. Każdy po swych przodkach dziedziczy pokrewności rysów, a dopiero osobistem życiem może je swą indywidualnością uszlachetnić lub obniżyć. Demokratyzm spłodził paradoksalnie u ilościowych ludzi ambicję do udowodnienia swego rzekomego samorodztwa. Kto pokrewieństwa z ojcami nie udowodni pracą swego życia, ten jest mieszańcem i bastardstwem tem kulturze naszej rasowości nie przysporzy. Krakowska Akademia sztuk pięknych jako instytucja pedagogiczna upadła tak nisko, że z żywego wina talentu wytwarza ocet siedmiu złodziei. Rozmawiałem z paroma profesorami o sztuce i rzeczach ogólnych; nie mogę się powstrzymać od konkluzji, że są to ludzie o tak małej kulturze, iż dziwi się człowiek, jak można takim jednostkom pozostawiać młodzież, której celem nie jest technika praktyczności lub nauczalna wiedza — lecz twórczość.

Fragment
powyższegoZ niewiadomych powodów wpuszczono trzech inżynierów budowlanych, niesłusznie patentowanych na architektów; i ci są także włączeni w grono profesorskie. Jednemu nawet powierzono już kilkakrotnie rektorat Akademji. Dlaczegóż to nie iść dalej w tem oddawaniu kierownictwa instytucyj, z których mają wyjść twórcy nowych wartości, ludziom może zasłużonym lecz nie odpowiednim, np. inżynierom konstruującym fortepiany dać konserwatorja, bankierom umiejącym liczyć dać dział filozofji matematycznej na uniwersytecie, budowniczemu maszyn drukarskich zaś uniwersytet, inżynierowi konstruującemu armaty — dział strategji i dyplomacji w akademji wojennej, fabrykantowi chemikalji i galanteryj pachnących — dział psychiatrji i psychoanalizy?

Ta parodja, to nierozsądne oddawanie uczelni, której celem winno być rozwinięcie ducha przez rozwijanie kultury uczuć i odczuć, pobudzanie u swych wychowanków głodu i rwania się do wysilnej ofiarności dla przyszłości narodu, a przede wszystkiem (poza zawodową praktyką) poruszenie i pieczołowite wychuchanie w nich jak największej ilości cech osobistych a właściwych ich talentowi to oddawanie ludziom tak tragicznie prozaicznym, jak obecni profesorowie krakowskiej akademji jest możliwem tylko tam, gdzie czynniki decydujące są również nieodpowiedzialne. Ich nibyto kulturalne kierownictwo tą instytucją, jest podobne do nakręcania subtelnego mechanizmu zegarka kieratem — lub sytuacji, gdy cudownie zawiły instrument naukowy, znaleziony przez prymitywnych tubylców wysepki, użyty zostaje przez nich do tłuczenia orzechów:

To nie jest uliczna katarynka, gdzie starczy człowiekowi umiejącemu otwierać rękę, by zamknął ją tylko na rączce korby i kręcąc nią wydobywał muzykę, dla ulicy.

Nie jest to bank lub prowadzenie budowli, tutaj winniśmy mieć instytucję o tak subtelnym celu, że mechanika jej systemu musi być w rękach nie byle przeciętnego człowieka (choć może bardzo sprytnego w sprawach prozaicznej ekonomji), lecz odważnie myślącego filozofa o pedagogicznych zdolnościach. Tutaj mają się wychowywać przyśli kapłani swych własnych wierzeń, tworzący imię, twarz i ducha narodu, by potem kulturą swą stawiać fortece polskie w sercach sąsiadów. A jakżeż te wierzenia wykiełkować mogą, gdy najdrobniejszy odruch indywidualnych porywów jest brutalnie tępiony przez zazdrosnych profesorów, nietwórczych techników, którzy nie znoszą opozycji u swoich uczniów, biorąc ją za votum nieufności dla uzurpatorskiego przodownictwa.

Prawo,
1916Młode talenty przychodzą z oczyma błyszczącemi w progi akademji. Przedtem, w domu, potrafili komponować, i czuć, że mają w sobie to, czego się nie da kupić. Z akademji po kilkuletnich studjach wychodzą z „patentem" artysty, lecz już bez zdolności tworzenia, wyrażania swych myśli i sentymentów. Po wałęsaniu się na manowcach rozlicznych „izmów" francuskich pozostaje im zmienienie zawodu i oddanie się zarobkowej pracy. Albo, udając że nic im się nie stało, że nic w nich nie zamarło, malują umartwione „natury", pejzaże i portrety ciekawych ludzi. Wychodząc z akademji, nawet już nie mają czego wypowiedzieć, gdyż wykpiono z nich pierwiastek myślowy, w sztuce zwany literaturą: Jeżeli szczęśliwy los umożliwi wyjazd jednemu do Francji lub Hiszpanji, by znalazł „ciekawsze" tematy dla swojej techniki, to o tyle jego reputacja jako artysty jest pewniejsza. A zatem, o ileż on jest większym talentem od kolegi, który niema na podróże zagraniczne i pozostawiony jest sobie i temu, co ma na podmiejskiem podwórku lub w próżnej głowie!

Jeżeli chcecie coś dla polskiej sztuki uczynić i macie tę sprawę tak bardzo na sercu, że gotowiście nawet przykrość wyrządzić kilkudziesięciu przeciętnym jednostkom pieszczącym zaszczytne tytuły profesorów, to pod żadnym względem nie zwracajcie się do nich o radę. Doradzą wam najwyżej to, co przysporzy im więcej pomieszczeń dla większej ilości ofiar, by oddać je Molochowi na pożarcie i na szkodę społeczeństwu. Profesorowie ci są zainteresowani utrzymaniem korzystnego dla nich systemu i tak jak szamani i „djabeł djabeł", doktorzy Zulusów, urągający najazdowi medycyny naukowej, tak i oni będą bronili dostępu do młodzieży nowej pedagogji, opartej na sympatji ku młodym, filozofji i psychologji.

Pruszkowski i Stryjeński są nietylko wielkimi pedagogami na Polskę, lecz największymi, jakich gdziekolwiek można znaleźć w świecie europejskim z Ameryką i Japonją. Wiem, co mówię, gdyż jest to sprawa mi bardzo bliska i znajoma, wiem, co w Wiedniu robiono i robią, w Holandji, Niemczech i Stanach Zjednoczonych. Amerykanie sprowadzają sobie z całego znanego świata wszystkie metody uczenia i wszystkich tych, co coś nowego mogą proponować, lecz mimo miljonowych wydatków i młodzieńczego entuzjazmu ich społeczeństwa, nic więcej im się nie udało zdobyć od obecnej Europy, by pogłębić sztukę i ją u siebie uswoić. Gdyby oni wiedzieli o tych dwóch naszych pedagogach, w Polsce pracujących z całym wysiłkiem, mimo szkodliwości broniącego się szczepu profesorów i tysiącznej zgrai zmarnowanych talentów, toby ich na wagę złota, jak św. Wojciecha, wykupili od nas, niewyrobionych społecznie, wiecznych naśladowców cudzego dorobku i wad.

Cynik,
1914Ci dwaj ludzie, to dwie gwiazdy w nowej konstelacji kulturalnej. Brak dzisiaj ośrodka wielkiej sztuki, bo znany nam Paryż jest tylko rozsadnikiem wszelkiej bezwartościowej dekadencji i czwanej szarlatanerji. Jeżeli sztuka Paryża Francji smakuje, to trudno, my mamy inny żołądek i język. Nasze intelektualne i duchowe przyjemności muszą być inne, jako że pobudzają inną krew. Im więcej tym dwom pedagogom i wcześniej pomożemy, by mogli w ułatwieniu działać, tem prędzej będziemy mieli sztukę polską, w zamian za - sztukę w Polsce.

Powinniśmy jak najprędzej dążyć do wytworzenia lokalno-polskiej szkoły malarsko-rzeźbiarskiej, a z nią automatycznie naradzi się sztuka polska. Niechaj niebywała owocność Szkoły Sz. Pięk. w Warszawie, która wyzbywa się niszczycielskiego systemu akademickiego, będzie wskaźnią odrodzicielskiej wartości zwrócenia się do metody twórcownianej. Kurz i próchno Krakowskiej Akad. Sz. P. karbolem przesycić, by z pozostałości zarazki nie były rozniesione na nowo. Jest to poprostu niemożliwem, by wielka ilość uczni mogła wpływać korzystnie na rozwój instytucji ducha, i poziomu jej kultury zainteresowań. W mniejszej ilości, jak w pracowniach pod przodownictwem majstra; ludzie się poznają bliżej, zżywają, odkrywają i pielęgnują pragnienia, a ze swoim wychowawcą pogłębiają serdeczny stosunek. W Japonji uczniowie nawet przyjmowali nazwisko swego mistrza, by dać wyraz swej synowskiej miłości.


1 2 3 4 5 Dalej..

 Po przeczytaniu tego tekstu, czytelnicy często wybierają też:
Szukalski: pogański gigant samorodny
Kopernik na indeksie – nieomawiane aspekty


« Sztuka   (Publikacja: 01-07-2005 )

 Wyślij mailem..     
Wersja do druku    PDF    MS Word
Wszelkie prawa zastrzeżone. Prawa autorskie tego tekstu należą do autora i/lub serwisu Racjonalista.pl. Żadna część tego tekstu nie może być przedrukowywana, reprodukowana ani wykorzystywana w jakiejkolwiek formie, bez zgody właściciela praw autorskich. Wszelkie naruszenia praw autorskich podlegają sankcjom przewidzianym w kodeksie karnym i ustawie o prawie autorskim i prawach pokrewnych.
str. 4211 
   Chcesz mieć więcej? Załóż konto czytelnika
[ Regulamin publikacji ] [ Bannery ] [ Mapa portalu ] [ Reklama ] [ Sklep ] [ Zarejestruj się ] [ Kontakt ]
Racjonalista © Copyright 2000-2018 (e-mail: redakcja | administrator)
Fundacja Wolnej Myśli, konto bankowe 101140 2017 0000 4002 1048 6365