Racjonalista - Strona głównaDo treści


Fundusz Racjonalisty

Wesprzyj nas..
Zarejestrowaliśmy
184.091.410 wizyt
Ponad 1064 autorów napisało dla nas 7352 tekstów. Zajęłyby one 29008 stron A4

Wyszukaj na stronach:

Kryteria szczegółowe

Najnowsze strony..
Archiwum streszczeń..

 Zamierzasz się zaszczepić na SARS-CoV-2?
Tak
Raczej tak
Raczej nie
Nie
Poczekam jeszcze z decyzją
  

Oddano 4032 głosów.
Chcesz wiedzieć więcej?
Zamów dobrą książkę.
Propozycje Racjonalisty:
Sklepik "Racjonalisty"

Złota myśl Racjonalisty:
Prawda w kwestiach religijnych to po postu pogląd, który przetrwał.
« Światopogląd  
Wiara dobra, niewiara dobra [2]
Autor tekstu:

Tekst profesora Woleńskiego otwierający tom Co nas łączy? został opatrzony komentarzem księży teologów. Oni argumentowali, że skoro Woleński znajduje się poza Kościołem, to nie ma go prawa napominać. Jest to mniej więcej tak, jakbyśmy my, dziennikarze, nie mogli napominać Ministerstwa Finansów, bo nie jesteśmy jego pracownikami.

To prawda, że tekst Woleńskiego opatrzyliśmy komentarzem czterech jezuitów. Potem profesor natychmiast zarzucił mi, że zachowałem się jak wydawca partyjnego pisma, w którym nieprawomyślny artykuł nie może ukazać się bez komentarza krytycznego. Nie miałem do siebie o tę strategię pretensji. Nie widziałem w tym nic niestosownego. Ale dopiero osobista rozmowa z Woleńskim pozwoliła nam przezwyciężyć nieufność.

Zaproponowałem mu napisanie kolejnego tekstu, który pozwolił na dalsze wyjaśnienia i wprowadził nowe wątki. Nawiasem mówiąc, cała sprawa znalazła swój finał w osobnej książce Jana Woleńskiego Granice niewiary.

W innych wypowiedziach społeczny wymiar Kościoła jako instytucji także nie znalazł się w centrum uwagi. Na przykład reakcja Stanisława Lema była inna. Myśmy się sobą zaciekawili. Każdy z nas zachował własne stanowisko, ale zaczęła się wymiana myśli. Jeszcze inny jest agnostycyzm Michała Głowińskiego: jest to agnostycyzm nieśmiały, niepewny swoich racji...

I teraz sedno pytania: moim zdaniem niewierzący mają prawo krytykować Kościół. Poza tym, że Kościół jest oczywiście rzeczywistością nadprzyrodzoną, jest także uchwytny nader naturalnymi metodami. Woleński nie rościł sobie prawa do krytyki dogmatów, ale do ziemskiego zachowania i poczynań ludzi Kościoła.

W książce znajduje się także obszerna korespondencja między Stanisławem Lemem a tobą. Może jednak dziwić, że zawsze spoglądasz na Lema jak na człowieka niewierzącego. Dlaczego nie zobaczysz w nim po prostu osoby — bez przymiotnika?

To dobre pytanie. Myślę, że zadziałał mechanizm, który nazwałbym treningiem jezuickim. Część formacji zakonnej tak przebiega, że stajemy się janczarami głoszonych idei. Jednym z takich programów, zadanym jezuitom przez Pawła VI, była walka z ateizmem. Ona została zapisana w naszych zakonnych dokumentach. Na szczęście po jakimś czasie słowo „walka" zastąpiono słowem „dialog". I to gdzieś we mnie głęboko tkwiło, stąd potrzeba zrozumienia ateizmu i skonfrontowania się z nim.

Lem był niechętny takiej rozmowie. Tadeusz Różewicz wprost mi powiedział, że nie jest to temat do publicznych dyskusji. Osobiście jednak jestem przekonany, że tę sprawę warto podejmować. Intrygowała mnie, bo skoro ja jako ksiądz w każdą niedzielę mówię, że wiara jest tak ważna w życiu człowieka, to chciałem, aby niewierzący powiedział mi, dlaczego wiara nic w jego życiu nie znaczy. Niektórzy niewierzący potraktowali to jako naruszanie ich prywatności.

Stanisław Lem dostrzega jednak społecznotwórczą rolę Kościoła. Co prawda z jednej strony religią się nie interesuje, ale z drugiej napisał w „Tygodniku Powszechnym" felieton, w którym nawoływał Kościół, by jako instytucja posiadająca autorytet wśród Polaków zabrał głos w sprawie Big Brothera. Jednak Lem nie akceptowałby zapewne poczynań Kościoła, gdyby duchowni wskazywali, na kogo obywatele mają głosować.

Agnostycyzm Lema to dla mnie wyjątkowe odkrycie. Żałuję, że w swych odpowiedziach trochę się ode mnie opędzał i tak naprawdę nie chciał podjąć pytania, dlaczego nie wierzy. Może byłem zbyt obcesowy. W każdym razie na pewno Lem ma wielki szacunek do Kościoła polskiego jako instytucji, która z powodzeniem oparła się dwom totalitaryzmom. Natomiast rzeczywiście irytują go niemądre zachowania niektórych księży, ale są to emocje nieobce chyba również wierzącym.

Napisałeś, że zazdrościsz Stanisławowi Lemowi jego niewiary. Czy nie sądzisz, że teraz, kiedy opuszczasz zakon, Lem może się czuć za twoją decyzję w jakiś sposób odpowiedzialny? Może pomyśleć, że wzbudził w tobie wątpliwości.

Tak naprawdę napisałem, że fascynuje mnie „opakowanie" jego światopoglądu, a więc jego twórczość, a wyrażona przez Lema troska, by mnie „nie skrzywdzić nieuleczalnie", wydaje mi się po prostu głęboko ludzka. Podobnie jak jego niechęć do wdawania się w światopoglądowe dysputy. A co do odejścia z zakonu, obciążanie kogokolwiek odpowiedzialnością za własne decyzje byłoby śmieszne. Każdy z nas jest kowalem własnego losu niezależnie od tego, z kim i o czym rozmawiamy. Nie wykluczam jednak, że dialog z niewierzącymi, w tym i ze Stanisławem Lemem, pomógł mi zobaczyć pewne aporie w życiu zakonnym, których bez tego dialogu bym nie dostrzegł.

Kiedyś miałem okazję nawiązać do naszej elektronicznej korespondencji w prywatnej rozmowie i wspomniałem o korzyściach ze zmiany światopoglądu, jakie ujawniły się w życiu tak ważnych również dla mnie myślicieli, jak Leszek Kołakowski i Zygmunt Bauman. On powiedział krótko: „Ja sumienia swego nigdy w arendę nie oddałem". To niezwykle istotne wyznanie i myślę, że musi zmierzyć się z tym problemem każdy, zarówno wierzący, jak i niewierzący. Mnie w każdym razie daje ono do myślenia. Jak symbol, o którym to pisał Paul Ricoeur. Tyle tylko, że tu jeszcze dochodzą konsekwencje praktyczne.

Przypadek Lema, który nie chce mówić o swej niewierze, pokazuje, że w Polsce, która — cokolwiek by mówić — jest krajem katolickim, ludzie niechętnie przyznają się do swego agnostycyzmu. Nawet prezydent Aleksander Kwaśniewski przy jednej z okazji tłumaczył się, że nie ma, niestety, łaski wiary. Podobnego sformułowania użyła etyk i profesor Uniwersytetu Warszawskiego Magdalena Środa.

Przeprowadziłem kiedyś bardzo ciekawą rozmowę z profesorem Jerzym Jedlickim. Myślę też, że podobne stanowisko zająłby profesor Jerzy Szacki. Otóż Jedlicki mówi tak: Ja po drugiej wojnie zakopałem topór wojenny z Kościołem. Nie będę się wtrącał w kościelne sprawy, ale też proszę, by Kościół nie wypominał mi, że jestem agnostykiem.

Myślę, że sposób myślenia Jedlickiego jest reprezentatywny dla przedstawicieli agnostycyzmu inteligenckiego. Oni przed wojną doświadczyli Kościoła agresywnego, i to skutecznie uleczyło ich z potrzeb debatowania z religią i Kościołem czy zajmowania się nimi. Nakłada się na to fakt, że po wojnie Kościół walczył z komunizmem. Krytykowanie Kościoła mogło znaczyć, że popiera się komunistów. Toteż większość ludzi wolała milczeć. Te powojenne doświadczenia utrudniają analizę samego pojęcia ateizmu.

Może dlatego w Polsce nie zetknąłem się z ateizmem „czystym" i pewnie dlatego chętniej posługujemy się dziś pojęciem agnostycyzm, które jest mniej obciążone historycznie. Poza tym uwikłanie ateizmu czy agnostycyzmu w tak zwany światopogląd naukowy, wypracowany na gruncie filozofii marksistowsko-leninowskiej, przyczyniło się do jego kompromitacji jako propozycji intelektualnej. Również apologetyka katolicka wzmocniła ten stereotyp, dodając jeszcze kilka innych, jak mason — odwieczny wróg Kościoła, żydokomuna i tym podobne. To nie ułatwiało rozeznania, ale jedno było wiadomo: porządny człowiek trzymał się od tego wszystkiego z daleka.

Tym bardziej podziwiałem i podziwiam tych, którzy trwali i trwają przy swoich przekonaniach ateistycznych. Jest ich sporo, ale wspomniany kontekst sprawia, że niechętnie mówią o swojej niewierze publicznie. Na szczęście to się zmienia. Zaczynają mówić i pisać...

Może analogia, do której chcemy się odwołać, szyta jest grubymi nićmi, ale chyba coś mówi o stosunku wierzących do niewierzących. W Polsce żyjemy zasadniczo w społeczeństwie ludzi białych. Czarnoskórzy są tu wyjątkiem. Dziś, mimo że nie mamy żadnych uprzedzeń rasowych, rozmawiając z osobą o czarnym kolorze skóry, podświadomie zwracamy na niego uwagę. Jednak nasz rówieśnik, na przykład w Londynie, już tego nie widzi w ten sposób. Może podobnie jest z religią: zwracamy uwagę na niewierzących, gdyż w naszym kraju to egzotyka.

Być może tak. Ale wyznam, że dialog z niewierzącymi naznaczył mnie w ten sposób, iż podział wierzący — niewierzący przestał być dla mnie istotny. Nawiązały się nici sympatii i przyjaźń. Na przykład z Janem Woleńskim, z którym coraz mniej mówimy o sprawach religijnych, natomiast z równym rozbawieniem komentujemy coraz dziwniejsze teksty księży profesorów Czesława Bartnika z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego i Jerzego Bajdy z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego, publikowane z pasją wartą lepszej sprawy na łamach równie dziwnego „Naszego Dziennika". Nie chciałbym być gołosłowny. Przeczytajcie sami, co wspomniani „teologowie" mają do powiedzenia na temat katastrof w rodzaju tsunami czy Katriny. Człowiek dostaje gęsiej skórki...

Może więc należałoby postawić sprawę inaczej: po co dociekać, co łączy wierzących i niewierzących, skoro można zapytać, co łączy ludzi przyzwoitych?

Ten postulat jest zasadny. Tym bardziej że odpowiada najgłębiej pojętemu humanizmowi. Bo zmartwieniem nas wszystkich, ludzi zatroskanych jakością życia publicznego, jest pytanie, jak, mimo różnic światopoglądowych, pokoleniowych, klasowych, żyć razem w pokoju. Jak żyć na tej wspólnej ziemi ekumenicznie. To był problem Witolda Gombrowicza, który szukał międzyludzkiego Kościoła. Wspólnoty ignorującej w pewnym sensie podział na wierzących i niewierzących — dychotomię, która została nam sztucznie narzucona.

Wolter zobaczył, jak różne grupy — dziś byśmy powiedzieli korporacje - bronią swoich interesów. Dlatego stanął z boku. Takie wolterowskie poczucie antykorporacyjności i mnie dopadło.

Ciekawe, co dziś powiedziałby Wolter: czy on, wychowanek kolegium jezuickiego, nadal ośmieszałby jezuitów, kpił z religijnych sporów? Wolter zobaczył, jak różne grupy — dziś byśmy powiedzieli korporacje - bronią swoich interesów. Dlatego stanął z boku. Takie wolterowskie poczucie antykorporacyjności i mnie dopadło. I tak jak on mówię, że nie interesują mnie koteryjne kłótnie. To, co spędza mi sen z powiek, wiąże się z pytaniem o jakość naszego — mojego i waszego — życia. Paradoksalnie przy takim postawieniu sprawy okazuje się, że bardziej mi po drodze z kimś, kto jest niewierzący, kto znajduje się poza Kościołem, niż z kimś, kto należy do tej samej grupy.

Może więc jest coś na rzeczy w twierdzeniu, że „naszą religią winna być demokracja". Oznacza to, że nie jest ważne, czy jesteś biały, czy czarny, wierzący czy niewierzący. Ważne, jak żyjesz i co możemy razem zrobić.


1 2 3 4 Dalej..

 Po przeczytaniu tego tekstu, czytelnicy często wybierają też:
Obirek: Ojciec nieświęty
Życie bez Boga

 Zobacz komentarze (14)..   


« Światopogląd   (Publikacja: 05-11-2005 Ostatnia zmiana: 08-12-2005)

 Wyślij mailem..     
Wersja do druku    PDF    MS Word

Stanisław Obirek
Ur. 1956 r. Jeden z najbardziej znanych jezuitów polskich, znany m.in. ze swego zaangażowania w dialog międzyreligijny i z niewierzącymi. Studiował filologię polską, filozofię i teologię na uczelniach Krakowa, Neapolu i Rzymu. W 1997 roku habilitował się na Wydziale Historycznym Uniwersytetu Jagiellońskiego. W 1976 roku wstąpił do zakonu jezuitów; w 1983 roku otrzymał święcenia kapłańskie. Był profesorem w Wyższej Szkole Filozoficzno-Pedagogicznej Ignatianum w Krakowie. Pełnił tam także funkcje kierownika Katedry Historii i Filozofii Kultury oraz prorektora. Przez cztery lata był rektorem Kolegium Jezuitów w Krakowie. Był także wieloletnim redaktorem naczelnym "Życia Duchowego" oraz twórcą oraz dyrektorem Centrum Kultury i Dialogu. Jest autorem książki "Co nas łączy? Dialog z niewierzącymi" (2002). Interesuje się miejscem religii we współczesnej kulturze, dialogiem międzyreligijnym i możliwościami przezwyciężenia konfliktów cywilizacyjnych i kulturowych. We wrześniu 2005 roku opuścił zakon jezuitów. Obecnie jest wykładowcą Uniwersytetu Łódzkiego.   Więcej informacji o autorze

 Liczba tekstów na portalu: 14  Pokaż inne teksty autora
 Najnowszy tekst autora: Karol Wojtyła – Jan Paweł II
Wszelkie prawa zastrzeżone. Prawa autorskie tego tekstu należą do autora i/lub serwisu Racjonalista.pl. Żadna część tego tekstu nie może być przedrukowywana, reprodukowana ani wykorzystywana w jakiejkolwiek formie, bez zgody właściciela praw autorskich. Wszelkie naruszenia praw autorskich podlegają sankcjom przewidzianym w kodeksie karnym i ustawie o prawie autorskim i prawach pokrewnych.
str. 4444 
   Chcesz mieć więcej? Załóż konto czytelnika
[ Regulamin publikacji ] [ Bannery ] [ Mapa portalu ] [ Reklama ] [ Sklep ] [ Zarejestruj się ] [ Kontakt ]
Racjonalista © Copyright 2000-2018 (e-mail: redakcja | administrator)
Fundacja Wolnej Myśli, konto bankowe 101140 2017 0000 4002 1048 6365