Racjonalista - Strona głównaDo treści


Fundusz Racjonalisty

Wesprzyj nas..
Zarejestrowaliśmy
184.013.176 wizyt
Ponad 1064 autorów napisało dla nas 7352 tekstów. Zajęłyby one 29008 stron A4

Wyszukaj na stronach:

Kryteria szczegółowe

Najnowsze strony..
Archiwum streszczeń..

 Zamierzasz się zaszczepić na SARS-CoV-2?
Tak
Raczej tak
Raczej nie
Nie
Poczekam jeszcze z decyzją
  

Oddano 3995 głosów.
Chcesz wiedzieć więcej?
Zamów dobrą książkę.
Propozycje Racjonalisty:
Sklepik "Racjonalisty"

Złota myśl Racjonalisty:
Nie było wielkiego geniuszu bez przymieszki szaleństwa.
« Światopogląd  
Wiara dobra, niewiara dobra [3]
Autor tekstu:

I znowu pojawia się ewangeliczny motyw owoców naszych czynów. Tak samo było w przypadku oddziaływania Jezusa: ludzie z różnych kręgów, stanów i środowisk gromadzili się wokół tego Cieśli, gdyż widzieli, że czyni dobro. Innymi słowy: nie przynależność świadczy o tym, kim jesteś, ale owoce działania i życia.

Ten motyw znany jest nie tylko Biblii, ale także wielkim humanistom. Przecież „republika uczonych" Erazma z Rotterdamu polegała właśnie na takim rozpoznaniu. Przypomnijmy, że Erazm był jednym z bardziej złośliwych mędrców, jeśli idzie o demaskowanie absurdów scholastycznych sporów. Inni zobaczyli, że ma dużo racji, zaczęli się wokół niego gromadzić. Jak to się dzieje, że w bardzo różnych okresach historycznych jakaś wartość, jakaś myśl staje się ośrodkiem przezwyciężania konfliktów, wydawałoby się, nieprzezwyciężalnych? Jest to podniesienie sporu na inny poziom. Warto pod tym kątem uważnie przeczytać małą, ale niezwykle pouczającą książkę Gerda Theissena Czasy Jezusa. Tło społeczne pierwotnego chrześcijaństwa, w której używa narzędzi socjologicznych, by pokazać odmienność i nowość propozycji religijnej Jezusa z Nazaretu, zestawiając ją z innymi. Theissen przypomina, że chrześcijaństwo „nie spadło z nieba", ale jest bardzo konkretnie wpisane w historię Palestyny czasów Jezusa. Jeśli chcemy być Jego uczniami, to musimy się dokładnie temu przyjrzeć i postępować dokładnie tak jak On - nie wykluczać nikogo z poczuciem wyższości, ale z każdym nawiązywać dialog.

A czym dla ciebie, człowieka przez ponad dwadzieścia lat posługującego jako katolicki ksiądz, jest wiara? Dokonałeś wyboru świadomie czy — jak większość Polaków — wyssałeś wiarę po prostu z mlekiem matki?

Ze mną było tak, że w dzieciństwie rodzina załatwiła za mnie powinności religijne: chrzest, komunia, bierzmowanie… Były to wydarzenia, na które nie miałem wpływu i które przyjmowałem jako coś zupełnie naturalnego. Chrześcijaństwo nie miało poważnej alternatywy — i w tym sensie może być odczytywane jako fatum. Ojciec i matka, sąsiedzi i ciotki, siostry zakonne w przedszkolu tworzyli religijną otoczkę, poza którą nie wychylałem nosa.

Była to raczej religijność niedzielna i świąteczna, tak bliska polskiemu katolicyzmowi. Codzienność obywała się bez świętości. Rodzice chodzili co tydzień do kościoła, brali udział w procesjach czy nabożeństwach różańcowych. A ja i moje rodzeństwo im towarzyszyliśmy. Z upływem lat stał się katolicyzm moim światopoglądem, już wybranym i zaakceptowanym, choć poddanym krytycznemu osądowi. Natomiast miałem od dzieciństwa problemy z „urzędnikami Pana Boga", czyli księżmi. Być może decyzja wstąpienia do zakonu była rodzajem manifestacji — ja będę inny! Skończyło się, jak się skończyło.

Marek Edelman chciał kiedyś spytać księdza Józefa Tischnera, dlaczego on, człowiek światły i wykształcony, w ogóle wierzy. Nie miał jednak, jak przyznaje, odwagi. My chcemy to pytanie zadać tobie: dlaczego wierzysz? Do czego potrzebna jest ci wiara?

Tę historię opowiedział mi sam Marek Edelman. Swoją drogą szkoda, że nie zapytał Tischnera. Analogiczne pytanie chciał zadać Jerzemu Turowiczowi. Ale tego również nie zrobił. Nie zadał go także kardynałowi Jean-Marie Lustigerowi. Powiedział natomiast, że rozumie Lustigera, Żyda, który przez chrzest wybrał życie. Został księdzem, potem biskupem, a w końcu kardynałem i metropolitą Paryża. Marek Edelman widzi religię przez pryzmat kariery zawodowej, do czego oczywiście ma prawo. Inna sprawa, czy takie widzenie wyczerpuje istotę religii.

Pytanie, po co mi wiara, dla mnie jest równoznaczne z innym: po co żyję. I odpowiedź na oba jest jedna: żyję, by wierzyć, wierzę, by żyć. Być może powie ktoś, że taka odpowiedź jest efektem prania mózgu w dzieciństwie, a potem w zakonie jezuickim. Jednak nie postrzegam chrześcijaństwa jako ciężaru, ale jako dość spójny system przekonań, który pozwala mi sensownie przeżywać moje życie. Oczywiście znam agnostyków, którzy dokładnie tak samo mówią o swoim agnostycyzmie. Nie wierzą, bo wiara jest absurdem, a dogmaty ten absurd tylko podnoszą do n-tej potęgi. Bo jak tu pogodzić wszechmoc Boga z istnieniem zła, jak uzasadnić dziewicze poczęcie Jezusa, nie wspominając już o tak dziwnych z logicznego punktu widzenia konstrukcjach myślowych, jak Bóg Jedyny w Trzech Osobach. Tak więc agnostycy mają poważne racje, by trwać przy swojej niewierze.

Ja takich mocnych racji nie mam. Wierzę, bo inaczej nie potrafię… Jeśli chcecie, możecie to nazwać via negativa. Bo tak naprawdę nie jestem w stanie podać racji pozytywnych. Tak więc mogę tylko powtarzać, przyjmijcie to za dobrą monetę: wierzę, gdyż wierzył także człowiek imieniem Jezus z Nazaretu.

A co odpowiedziałbyś profesorowi Tadeuszowi Kotarbińskiemu, który wyrzekł się wiary nie z przyczyn serca, ale w imię uczciwości intelektualnej wobec samego siebie? Nauka nie może korzyć się przed doktryną — pisał w 1930 roku - „wedle której pewna porcja soku winogronowego, poddanego fermentacji alkoholowej, po wykonaniu [...] nad nią pewnych zabiegów psychofizycznych - staje się krwią człowieka, zmarłego przed kilkunastu wiekami". Prawdziwy katolik, skoro takie naiwności bierze serio, nie może być człowiekiem dojrzałym intelektualnie.

Ostatnio w miesięczniku „Znak" ukazał się interesujący artykuł Anny Wierzbickiej, autorki ważnej książki, opublikowanej również po polsku, Co mówi Jezus?

Otóż Wierzbicka na początku swych rozważań przywołuje opinię jednego z australijskich psychiatrów, który pośród różnych dewiacji psychiatrycznych nękających ludzi wymienia dewiację religijną. Co ciekawe, wiarę w przeistoczenie postaci chleba i wina zalicza do tego rodzaju schorzeń. Ona sama jest przekonana, że podobne opinie są wynikiem nieporozumień językowych, które można przezwyciężyć. Niestety tego rodzaju wysiłek intelektualny nie spędza snu z powiek pewnym siebie teologom powtarzającym stare formuły, które należy, ich zdaniem, po prostu przyjąć na wiarę.

Pamiętam także moją rozmowę z profesorem Henrykiem Markiewiczem, który postawił analogiczne pytanie: po co księdzu wiara, przecież jest ksiądz wykształcony, krytyczny i tak dalej. Przyznam, że wtedy byłem trochę tym pytaniem oburzony i niezbyt grzecznie odpowiedziałem: „Pan profesor ma wokół siebie tyle książek, które przeczytał. I dziwię się, jak pan profesor może nie wierzyć, skoro połowa z nich mówi o religii".

Dziś już bym tak nie powiedział. Bo myślę, że wiara jest kwestią wyboru, decyzji, którą człowiek świadomie podejmuje. Zgoda: moja wiara jest odziedziczona, ale kiedy zacząłem używać rozumu, szukałem potwierdzenia wcześniejszego zakorzenienia w chrześcijaństwie. No więc tak, ja szukam potwierdzeń tego, co już we mnie jest.

Inaczej zatem niż Kotarbiński czy Woleński. Ich życie i podejmowane decyzje sprowadzają się z kolei do szukania uzasadnień dla ich niewiary i odrzucenia Kościoła. Profesor Kotarbiński, co pokazuje choćby przywołany fragment, ewidentnie szuka nieścisłości czy nielogiczności w doktrynie kościelnej. Dla niego transsubstancjacja — termin wprowadzony do teologii przez świętego Tomasza — jest absurdem, dla mnie transsubstancjacja wskazuje na rzeczywistość sakramentalną, a więc wymykającą się logice. Moje wykształcenie służy mi, aby zracjonalizować coś, co z natury — jak przemiana chleba i wina w ciało i krew Chrystusa — racjonalne nie jest. Oczywiście argumenty Kotarbińskiego są intrygujące i dlatego wytrącają takich „wiarków" jak ja z intelektualnej drzemki. Zmuszają choćby do ponownego przemyślenia dogmatów Kościoła.

Przekonujesz, że wiara to kwestia wyboru. Jednak Kościół uczy, że wiara to również sprawa łaski. Zobaczmy choćby, co dzieje się z ortodoksyjnym Żydem Szawłem, który — dotknięty przez Bożą łaskę — staje się świętym Pawłem. Co stało się z Augustynem, który profity płynące z nauczania retoryki i zamiłowanie do rozpusty i kobiet zamienia, w imię jakiegoś objawienia w ogrodzie pod drzewem, na studiowanie Biblii i mnisi habit. Być może i profesor Woleński dozna kiedyś łaski nawrócenia, która ponoć spada na człowieka niespodziewanie.

To już trzeba zostawić Panu Bogu, który ma różne sposoby przekonywania. Akurat w przypadku Jana Woleńskiego trudno mi cokolwiek powiedzieć, ale mam odczucie, jakby do niego Bóg przemawiał jasnością logicznych formuł i łaską demaskowania ludzkiej głupoty. Może dodałbym jeszcze jako ślady obecności transcendencji w jego życiu piękno muzyki, sportowych zmagań, miłość do żony i dzieci. Zapewne przez szczerość i wierność przyjaźni, spójność przekonań filozoficznych uzyskuje spokój ducha, jaki wierzącemu jest dany dzięki wierze. Inna sprawa, że w tych znakach „Bożej obecności", które wymieniłem, rozpozna się także wielu wierzących. Ja się rozpoznaję.

Czy ateista może być błogosławieństwem dla wierzącego? Choćby dlatego, że starając się kwestionować sens wiary, zmusza wierzących do weryfikacji swoich przekonań. Jest to cenna obecność szczególnie wtedy, kiedy wiara zaczyna przybierać bałwochwalcze formy. Historia dowodzi, że dla chrześcijaństwa popadanie w bałwochwalstwo było czymś naturalnym...

Dokładnie tak rozumiem obecność i dialog z niewierzącym. Agnostyk jest dla mnie — człowieka wiary — lustrem, w którym się przeglądam. Jedno z podstawowych pytań, które stawia również agnostyk, brzmi: skoro można przyzwoicie i sensownie żyć bez wiary, po co wiara, co daje i czemu służy? Takie pytania dla wierzącego są błogosławione. Jest w nich moc oczyszczająca dla kogoś, kto wierzy i wyraża swoją wiarę. Jeśli do takich radykalnych pytań człowiek wierzący podejdzie z życzliwością, a nie lękiem, może okazać się, że niektóre elementy jego wiary mają bałwochwalczy charakter. Ale ten proces oczyszczania wiary pokaże też, że zostaje coś, co się mu nie poddaje. I to jest kamień węgielny wiary, zasadnicza różnica między niewierzącym i wierzącym. Przyjaźnię się z kobietą, która jest agnostykiem. Jej pytania mają dla mnie właśnie taki oczyszczający charakter, przywracają wierze jej pierwotną czystość.

Może to dziwne, ale przyznam, że w zakonie nieczęsto rozmawialiśmy na temat wiary. Za to wiele o logistyce i sprawach organizacyjnych. Z kolei kiedy spotykam się z ateuszami, najczęściej rozmawiamy o wierze. Oni zmuszają mnie do tego, bym ich przekonał, że istnieje jednak zasadnicza różnica między Kościołem a Microsoftem.

Ateista może zmusić wierzącego, niczym w XVI wieku Marcin Luter, do odnowy Kościoła. Kontrreformacja nie tyle przecież była walką z reformacją, ile odpowiedzią na nią.


1 2 3 4 Dalej..

 Po przeczytaniu tego tekstu, czytelnicy często wybierają też:
Obirek: Ojciec nieświęty
Życie bez Boga

 Zobacz komentarze (14)..   


« Światopogląd   (Publikacja: 05-11-2005 Ostatnia zmiana: 08-12-2005)

 Wyślij mailem..     
Wersja do druku    PDF    MS Word

Stanisław Obirek
Ur. 1956 r. Jeden z najbardziej znanych jezuitów polskich, znany m.in. ze swego zaangażowania w dialog międzyreligijny i z niewierzącymi. Studiował filologię polską, filozofię i teologię na uczelniach Krakowa, Neapolu i Rzymu. W 1997 roku habilitował się na Wydziale Historycznym Uniwersytetu Jagiellońskiego. W 1976 roku wstąpił do zakonu jezuitów; w 1983 roku otrzymał święcenia kapłańskie. Był profesorem w Wyższej Szkole Filozoficzno-Pedagogicznej Ignatianum w Krakowie. Pełnił tam także funkcje kierownika Katedry Historii i Filozofii Kultury oraz prorektora. Przez cztery lata był rektorem Kolegium Jezuitów w Krakowie. Był także wieloletnim redaktorem naczelnym "Życia Duchowego" oraz twórcą oraz dyrektorem Centrum Kultury i Dialogu. Jest autorem książki "Co nas łączy? Dialog z niewierzącymi" (2002). Interesuje się miejscem religii we współczesnej kulturze, dialogiem międzyreligijnym i możliwościami przezwyciężenia konfliktów cywilizacyjnych i kulturowych. We wrześniu 2005 roku opuścił zakon jezuitów. Obecnie jest wykładowcą Uniwersytetu Łódzkiego.   Więcej informacji o autorze

 Liczba tekstów na portalu: 14  Pokaż inne teksty autora
 Najnowszy tekst autora: Karol Wojtyła – Jan Paweł II
Wszelkie prawa zastrzeżone. Prawa autorskie tego tekstu należą do autora i/lub serwisu Racjonalista.pl. Żadna część tego tekstu nie może być przedrukowywana, reprodukowana ani wykorzystywana w jakiejkolwiek formie, bez zgody właściciela praw autorskich. Wszelkie naruszenia praw autorskich podlegają sankcjom przewidzianym w kodeksie karnym i ustawie o prawie autorskim i prawach pokrewnych.
str. 4444 
   Chcesz mieć więcej? Załóż konto czytelnika
[ Regulamin publikacji ] [ Bannery ] [ Mapa portalu ] [ Reklama ] [ Sklep ] [ Zarejestruj się ] [ Kontakt ]
Racjonalista © Copyright 2000-2018 (e-mail: redakcja | administrator)
Fundacja Wolnej Myśli, konto bankowe 101140 2017 0000 4002 1048 6365