Racjonalista - Strona głównaDo treści


Fundusz Racjonalisty

Wesprzyj nas..
Zarejestrowaliśmy
153.420.978 wizyt
Ponad 1061 autorów napisało dla nas 7297 tekstów. Zajęłyby one 28797 stron A4

Wyszukaj na stronach:

Kryteria szczegółowe

Najnowsze strony..
Archiwum streszczeń..

 Co z Brexitem?
będzie drugie referendum
będzie początkiem końca UE
zyska na nim Wielka Brytania
ostatecznie wzmocni UE
dużo hałasu o nic
  

Oddano 2471 głosów.
Chcesz wiedzieć więcej?
Zamów dobrą książkę.
Propozycje Racjonalisty:
Sklepik "Racjonalisty"

Złota myśl Racjonalisty:
Jeżeli obraz świata nie jest wzięty (oczywiście niebezkrytycznie) z nauki, do teologicznych lub filozoficznych rozważań wnikają rozmaite - intelektualnie podejrzane - źródła ludzkiej wyobraźni.
 Kościół i Katolicyzm » Doktryna, wierzenia, nauczanie

Męska decyzja: Pstryk! i limbus puerorum znikł! [1]
Autor tekstu:

A mówią, że Kościół jest niereformowalny. Nic bardziej błędnego! W życiu spotykają człowieka różne niespodzianki. W życiu pozagrobowym, jak widać, również. Bo oto po wielu latach debat i sporów świat obiegł taki oto news: „Międzynarodowa Komisja Teologiczna w od dawna oczekiwanym dokumencie podjęła decyzję o rezygnacji z koncepcji tak zwanego limbusu, czyli otchłani, do której, zgodnie z wielowiekową tradycją w Kościele katolickim, trafiają dusze dzieci zmarłych bez otrzymania chrztu. Nieoficjalne informacje na temat tej decyzji, zaaprobowanej przez Benedykta XVI, napłynęły z Watykanu." (PAP, 20.4.2007, fragment)

Tak więc uważam się za człowieka o wyjątkowym szczęściu, ponieważ zwykle przewroty tej miary albo już dawno się dokonały, albo odbędą się w jakiejś nieokreślonej przyszłości, której nie mam szans dożyć. Żałuję na przykład, że akurat nie za mojego życia stało się jasne, że ziemia jest okrągła, a przecież to musi być zupełnie niezwykłe doznanie i przewrót w świadomości, zasnąć na ziemi płaskiej jak spodek, a obudzić się na kuli bilardowej. Albo myśleć, że świat kończy się na maleńkiej kamienistej wysepce Hierro, ostatniej z Wysp Kanaryjskich, spowitej w gęste mgły, i dalej to już jest tylko Wielkie Nic, aż tu nagle pewnego dnia spada na ludzkość wiadomość, że tam dalej to dopiero się dzieje, mamy karnawałową Brazylię, pełną krów Argentynę, roztańczoną Kubę, pastelowe Wyspy Dziewicze, nie wspominając o Stanach Zjednoczonych i Kanadzie.

Czy można sobie dziś wyobrazić taki news: „Żeglarze portugalscy dopłynęli do nieznanej krainy. Gigantyczny Jezus Chrystus przywitał ich z otwartymi ramionami"? Lub: „Marynarka Francuska odkryła po wielu dniach błądzenia po oceanie zatoczkę ze Statuą Wolności. Za statuą wydaje się rozciągać nieznanej wielkości kontynent. Królowa angielska uważa, że należy do niej"? Nie można! Wszystko to dawno już zostało odkryte, rozparcelowane, zaklepane. Czasami tylko ktoś wyląduje na Księżycu, rozpadnie się jakieś imperium, podniesie żelazna kurtyna, rozsypią mury. Czasami ktoś ogłosi, że czerwone wino jest na pewno zdrowe, DNA człowieka różni się się od DNA małpy zaledwie o minimalny %, owca Dolly jest identyczna jak jej matka, tylko szybciej się starzeje, więc jednak taka sama nie jest, a planeta Pluton nie jest planetą. Jednym słowem peanuts i nudy.

Aż tu nagle taka rewelacja! I to w tak migawkowym przedziale życia jakim jest moje w skali wieczności, jedno mrugnięcie okiem i stało się, nieochrzczone dzieci dostały dyspensę i odtąd będą trafiały do nieba, przed oblicze Pana, a nie, jak przez wieki, do otchłani niewiniątek, gdzie Pana całą wieczność nie widziały i nigdy widzieć nie miały. Nie w głowie mi nabijanie się, że to zupełnie jak amnestia maturalna ogłoszona przez polskiego ministra edukacji, wydarzenie tyleż humorystyczne co marginalne, w wymiarach globalnych równie nieistotne dla wirowania świata co weekendowy korek na Zakopiance. Naprawdę się martwię.

Bo weźmy takiego Plutona. Czy dla kogoś poza paroma astronomicznymi purystami ma to jakieś znaczenie, czy jest planetą czy tylko planetopodobnym obiektem kosmicznym nazwanym niezbyt pochlebnie planetą karłowatą? Jasne, astronomowie mają swoje definicje. Ale tak w duchu, to myślę sobie, że na którymś kolejnym zlocie machną ręką na definicje i znowu będziemy mieć szacowne 9 planet w naszym Układzie Słonecznym tak jak było i być powinno. W każdym razie nie zdziwiłabym się, gdyby tak się stało, bo przecież tylko grupka astronomów była na sławetnym Zgromadzeniu i tylko grupka z grupki głosowała przeciwko Plutonowi. Na następnych kongresach układy mogą wyglądać zupełnie inaczej i w konsekwencji — Układ też. A poza tym czy jako nibyplaneta czy takjakbyplaneta czy miniplaneta, lodowato-skalisty Pluton niezmiennie krąży sobie gdzieś straszliwie daleko po swojej orbicie i ma nas i nasze definicje, delikatnie mówiąc, gdzieś.

Wręcz przeciwnie ma się sprawa z Plutonem, władcą piekieł. Ten jest znacznie bliżej. I rozsierdzić go o wiele łatwiej. Temperatury też zupełnie nieporównywalne. A że mamy z nim już od dawna na pieńku, tym większy i słuszniejszy może być jego gniew. Bo to jak z obu Amerykami. Paru europejskich zawadiaków przybiło do nieznanego sobie lądu, wygramoliło się na plażę, wbiło flagę i ogłosiło: to moje! Jakby nie żyły tam już miliony prawowitych właścicieli, bo tyle mniej więcej mieszkańców musiała liczyć Ameryka prekolumbijska. To dlatego 12 października 1992 roku jedni Amerykanie obchodzili radosną rocznicę 500-lecia odkrycia Ameryki podczas gdy drudzy Amerykanie opłakiwali dzień swojej straszliwej klęski i zaprzysięgali zemstę.

Całkiem podobnie pierwsi chrześcijanie wtargnęli do krainy od dawna już zagospodarowanej posiadającej swojego bezdyskusyjnego władcę, Plutona. I dalejże rządzić się a panoszyć. Zupełnie jak pierwsi konkwistadorzy z krzyżem w jednej dłoni i mieczem w drugiej, nakazujący „dzikusom" się ochrzcić, choć ci „dzikusi" mieli swoich nie mniej ważnych bogów i nie mniej istotne rytuały, a ich świątynie w niczym nie ustępowały kościołom na Starym Kontynencie. A teraz anektuje się Plutonowi tak żyzny kawałek posiadłości jakim jest limbus puerorum i wszystkich jego mieszkańców jednym postanowieniem przenosi poza obszar jego władania, do katolickiego raju. I kto by się w takiej sytuacji nie uniósł? Prześledźmy historię, przyjrzyjmy się faktom i datom, porównajmy dane, bądźmy obiektywni.

Odwiecznym władcą państwa zmarłych był Pluton, inaczej zwany też Hadesem, „Niewidzialnym", nosił bowiem hełm, który czynił go niewidzialnym, wykuty specjalnie dla niego przez Cyklopy. Świat zmarłych, był to bogaty świat, gdzie wszyscy żywi udawali się po śmierci i skąd nie było powrotu. „Pluton" wywodzi się od greckiego słowa „plutos", bogactwo. Bóg świata podziemnego dostał takie imię ze względu na niezmierzone bogactwa, którymi władał. Zwany był też „Agesandrosem", „Prowadzącym ludzi", był bowiem dla ludzi przynajmniej tak samo ważny, jak jego prarodzice, Niebo i Ziemia, Uranos i Gaia, która równocześnie była matką swojego męża. Zrodzeni z tego związku tytan Kronos i tytanida Rea, wydali na świat bogów olimpijskich, wśród nich małego Plutonka. Władza Plutona była bezdyskusyjna. Jego żoną była Persefona, córka jego własnej siostry, bogini Demeter, i jego brata, a zarazem brata Demeter, samego Zeusa.

Nawiasem, kazirodztwo wśród bogów nie było niczym zdrożnym, nie było wśród nich chorób genetycznych; można się domyślać, że i DNA nie posiadali, ale to tylko taka całkiem współczesna uwaga na marginesie. A zresztą czyż mieli wybór? Była ich zaledwie garstka. Nic dziwnego, że kochali się między sobą, a ten czy ów żądny zmiany zawieszał oko na jakiejś urodziwej ziemiance-śmiertelniczce i nocą spływał do jej łona niepokalanie, ani się spostrzegła. A gdy już nie było wątpliwości, klęła się na wszystko, co jej najdroższe, że to duch święty był. I w końcu ziemski mąż wybranki boga nolens volens wychowywał bękarta. Szczególnie Najwyższy z Najwyższych, krotochwilny a kochliwy Zeus, co raz, to zapuszczał się między zwykłych ludzi i uwodził ich kobiety, za co mu jego własna poślubiona, równocześnie rodzona siostra, zazdrosna jak diabli Hera, nieźle zmywała głowę oczekując go na progu Olimpu z wałkiem do ciasta wielkości słupów Heraklesa.

Pluton, jak przystało na boga tej miary, też nie zawracał sobie głowy umizgami, porwał Persefonę i pojął ją za żonę, o zdanie jej nie pytając, jednak, jako dobry wujek, pozwalał jej wiosną wracać na ziemię, bo Demeter odchodziła od zmysłów po stracie córki. Persefona, żona tak potężnego władcy, miała zrozumiałe fory u swojego męża. Insygniami władzy Plutona-Hadesa było berło, a że władał krainą bez powrotu, nosił też klucze do bramy z niepozostawiającym żadnych wątpliwości napisem „Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy tu wchodzicie" [ 1 ]. U jego stóp siedział straszny trzygłowy pies o imieniu Cerber, nie masz lepszego stróża w całym świecie żywych i umarłych. Uwadze jego szóstki oczu i trzech wyczulonych do granic możliwości nosów najmniejsze uchybienie w gospodarstwie pana nie mogło umknąć w żaden żywy sposób. Zresztą kto go tam wie, ile miał głów i ile oczu, bo wydawał się widzieć wszystko w najodleglejszym zakątku krainy. Żaden żywy wejść nie zdołał, żaden umarły wyjść. Przez Styks, rzekę odgradzającą świat żywych od świata umarłych, wykupywało się bilet w jedną stronę. Raz tylko Cerber dał plamę, gdy nakarmiony ciastkiem z makiem z kuchni tej czarownicy Sybilli usnął w najlepsze i w obie strony przepuścił Eneasza. Odtąd jeszcze bardziej miał się na baczności.

Kraina zmarłych dzieliła się na trzy części: Elizjum, Ereb i Tartar. Elizjum było miejscem wiecznej szczęśliwości i wiosny, tu, na Polach Elizejskich, wśród smukłych topoli i złotowłosego kwiecia asfodeli przechadzali się najlepsi z najlepszych. Ereb to kraina mroku, miejsce dla dusz zwykłych śmiertelników. Tartar natomiast to była część najgłębiej położona i zarazem najstraszniejsza. Do niej bogowie strącali największych grzeszników. Tu Syzyf toczy pod górę swój głaz, i nigdy nie dotoczy, tu głodny i spragniony Tantal nigdy się nie nakarmi, nigdy nie napije, choć wiszą nad nim soczyste owoce, choć stoi po pas w wodzie, spotkała ich kara za drwienie z bogów, za kupczenie ambrozją i wynoszenie boskich tajemnic między ludzi. Tu cierpi męki ojciec Centaura, Iksjon, za to, że zapatrzył się w zeusową żonę, a tego zazdrosny małżonek nie ścierpiał nie bacząc bynajmniej na to, że sam był mistrzem zdrady, podstępnie uformował chmurę na podobieństwo Hery, Iksjon wychędożył chmurę i tak oto mamy syna, Centaura, po wsze czasy corpus delicti niewczesnego afektu, i karę dla sprawcy raz na zawsze.

W Tartarze potępieńców gnębiły Erynie, demony zemsty, Zawziętość, Mściwość i Wrogość, wstrętne staruchy z wężami we włosach, psimi pyskami i skrzydłami nietoperzy. Zrodziły się z krwi zranionego dziadka Plutona, Uranosa, podczas powstania przeciwko niemu jego własnych dzieci. Uranos najpierw postrącał do Tartaru zbuntowaną progeniturę, potem w końcu pokonany przez ostatnie z maleństw, Kronosa, też wylądował w Tartarze, i smaży się tam po dziś dzień.

Zanim jednak upadł tak nisko, z odciętych mu przez własne dziecię i wrzuconych do morza genitaliów narodziła się bogini piękności, Afrodyta, wyłaniając się z piany morskiej u wybrzeży Cypru w wianuszku z urodziwych nimf zrodzonych z kropel spermy zranionego ojca. I zaraz rozpoczęła swoje dzieło łamania męskich serc od swojego własnego męża, boskiego kowala, kulawego Hefajstosa, począwszy, rodziła bowiem dzieci ze związku z o wiele atrakcyjniejszym fizycznie bogiem wojny, Aresem. Ich synek Eros bawiąc się strzałami z kuźni ojczyma niejedno serce śmiertelnie ugodził. Jednak wiarołomstwa bogini uchodziły jej płazem, świat starożytny nie ukarał Afrodyty Tartarem za miłość.


1 2 3 4 Dalej..

 Po przeczytaniu tego tekstu, czytelnicy często wybierają też:
Papieskie mumie
Matka Boska vel Bozia

 Zobacz komentarze (23)..   


 Przypisy:
[ 1 ] "Lasciate ogni speranza, voi ch'entrate", z: Dante Alighieri, „Boska komedia", cześć I- Piekło.

« Doktryna, wierzenia, nauczanie   (Publikacja: 03-06-2007 Ostatnia zmiana: 05-06-2007)

 Wyślij mailem..     
Wersja do druku    PDF    MS Word

Elżbieta Binswanger-Stefańska
Dziennikarka i tłumaczka. W Polsce publikowała m.in. w Przekroju, Gazecie Wyborczej, Dzienniku Polskim, National Geographic i Odrze. Przez ok. 30 lat mieszkała w Zurichu, następnie w Sztokholmie, obecnie w Krakowie.

 Liczba tekstów na portalu: 56  Pokaż inne teksty autora
 Liczba tłumaczeń: 5  Pokaż tłumaczenia autora
 Najnowszy tekst autora: Odyseja nadziei i smutku
Wszelkie prawa zastrzeżone. Prawa autorskie tego tekstu należą do autora i/lub serwisu Racjonalista.pl. Żadna część tego tekstu nie może być przedrukowywana, reprodukowana ani wykorzystywana w jakiejkolwiek formie, bez zgody właściciela praw autorskich. Wszelkie naruszenia praw autorskich podlegają sankcjom przewidzianym w kodeksie karnym i ustawie o prawie autorskim i prawach pokrewnych.
str. 5400 
   Chcesz mieć więcej? Załóż konto czytelnika
[ Regulamin publikacji ] [ Bannery ] [ Mapa portalu ] [ Reklama ] [ Sklep ] [ Zarejestruj się ] [ Kontakt ]
Racjonalista © Copyright 2000-2018 (e-mail: redakcja | administrator)
Fundacja Wolnej Myśli, konto bankowe 101140 2017 0000 4002 1048 6365