Racjonalista - Strona głównaDo treści


Fundusz Racjonalisty

Wesprzyj nas..
Zarejestrowaliśmy
158.246.869 wizyt
Ponad 1063 autorów napisało dla nas 7305 tekstów. Zajęłyby one 28821 stron A4

Wyszukaj na stronach:

Kryteria szczegółowe

Najnowsze strony..
Archiwum streszczeń..

 Czy jesteś zadowolony/a z życia?
Tak
Nie
Nie wiem
  

Oddano 881 głosów.
Chcesz wiedzieć więcej?
Zamów dobrą książkę.
Propozycje Racjonalisty:
Ralph Waldo Emerson - Szkice 1.
Prentice Mulford - Źródło twojej siły

Znajdź książkę..
Sklepik "Racjonalisty"

Złota myśl Racjonalisty:
Wspólnie żywione wątpliwe domniemania bywają podtrzymywane przez całe lata lub nawet stulecia tylko dlatego, że każdy zakłada, iż ktoś inny zna jakieś dobre powody, aby ich nie kwestionować, więc nikt nie ośmiela się tego uczynić.
 Czytelnia i książki » Powiastki fantastyczno-teolog.

Nawet diabeł zapłacze… [1]
Autor tekstu:

Bóg umarł.
Fryderyk Nietzsche

Siedzieli w bezruchu, ramię przy ramieniu, brat koło brata.

Pogoda była naprawdę piękna, co chwilę powiewał delikatny wietrzyk, ochładzając rozgrzane, lipcowe powietrze. Po niebie przesuwały się leniwie chmury, zupełnie nieświadome zachodzących pod nimi zmian. Mężczyźni znajdowali się na wzgórzu Anavan, które górowało nad Świętym Miastem. Nie rosły tutaj żadne drzewa czy krzewy, jedyną roślinność stanowiła wybujała, panosząca się wokoło trawa.
Archanioł Gabriel przesunął po niej ręką, napawając się jedwabistą miękkością. Wyglądał na trzydzieści, trzydzieści pięć lat, ubrany w jeansowe spodnie i t-shirt bez nadruków. Mlecznobiałe, proste włosy spływały na ramiona, delikatnie podkręcając się na końcach. Niebieskie oczy, prosty nos i wąskie usta. Do tego szczupła, pozbawiona muskułów sylwetka.
Jego towarzysz był całkowitym przeciwieństwem: dwudziesto-paroletni, niższy, nieco krępy, ubrany we flanelową, rozpiętą na piersi koszulę, skórzane spodnie i kowbojki. Rozwichrzone, czarne kędziory sterczały na głowie, każdy w inną stronę. Lewy policzek przecinała biegnąca od nosa do szczęki paskudna blizna.

Po kilku próbach zapalił wreszcie kolejnego Pal Mala, przeklinając w myślach rozedrgane ze zdenerwowania ręce. Zaciągał się pośpiesznymi, głębokimi haustami. Kiedy po minucie skończył, rzucił niedopałek niedbale przed siebie i sięgając po następnego papierosa, przemówił.

— Dziękuje, że się wszystkim zająłeś...
Gabriel w odpowiedzi kiwnął tylko głową.
— Czy… czy mówił coś, zanim… — kontynuował tamten.
— Chciał z tobą rozmawiać, ale nie mogliśmy cię znaleźć.

Przez twarz bruneta przebiegł grymas bólu, a później złości.
— Jak nie mogliście mnie znaleźć? Ponoć widzicie wszystko, więc co, do cholery, ma znaczyć, że nie mogliście mnie znaleźć?!
Anioł wzruszył ramionami i westchnął.
— Zawsze zacierałeś za sobą wszystkie ślady. Stałeś się w tym o wiele lepszy od nas, Lucyferze.
Zamilkli.

Gabriel przyjrzał się bratu i poczuł smutek na widok jego rąk oraz naznaczonego cierpieniem oblicza. Przypominał bardziej przerażonego chłopca, niż „Wszechwładnego Imperatora Państwa Piekielnego".
— Nie powinieneś tyle palić...
— Sądzisz, że mnie to zabije? — odwarknął, po czym dodał już innym tonem — Czy cierpiał?
— Nie — wąskie usta anioła uniosły się w delikatnym uśmiechu — Do ostatniej chwili był pogodny, rozmawiał z nami. Wynieśliśmy łóżko na zewnątrz, a Michał pokazywał sztuczki z tresowanymi smokami na smyczach. Pękaliśmy ze śmiechu. Nawet Syn.
— Właśnie, Syn. Gdzie on teraz jest?
— Nikt nie wie. Zniknął. Po prostu odszedł niedługo po… — urwał.
— Teraz przejmie tron, prawda?
— Nie wiadomo, nigdy tego nie chciał. Nie lubił rządzić, wolał służyć — anioł spojrzał uważnie na rozmówcę — Masz zamiar pretendować?
Lucyfer parsknął.
— Taaaa, klozetowy król śmierdzącej kloaki, wielki mi zaszczyt.
— Mógłbyś wreszcie pokazać, na co cię stać, zawsze miałeś tyle znakomitych pomysłów — w głosie zabrzmiała kpina.

Diabeł spojrzał na niego ze wściekłością i chwilę mierzyli się wzrokiem.
Gabriel poczuł nieznane uczucie kumulujące się w okolicach podbrzusza. Dopiero po chwili zorientował się, że to strach.
Pożałował nagle zostawienia broni w Świętym Mieście — w walce wręcz nie miał żadnych szans.
— Chcę go zobaczyć.
Sens słów za pierwszym razem nie dotarł do archanioła.
— Chcę go zobaczyć — powtórzył Lucyfer, po czym wstał i ruszył z dół wzgórza.
Po chwili wahania, jego towarzysz poszedł za nim.

***

Gabrielowi od początku nie spodobał się pomysł umieszczenia trumny w sali tronowej. Wielka, wykonana z olbrzymich, marmurowych płyt, wydawała się potwornie zimna, zupełnie do Niego niepasująca.
Pokój Rozmyślań - tak, o wiele lepiej — pomalowany żywymi kolorami, ozdobiony wyszywanymi złotą nicią kotarami.
Sypialnia — również — to tam wielokroć przyjmował gości i przyjaciół, zwłaszcza, kiedy już podupadł na siłach.
Sala tronowa stwarzała złe wyobrażenie, ukazując go po śmierci takim, jakim nigdy nie był za życia.
Archanioł został jednak przegłosowany. Z siedmioosobowej rady, tylko Michał poparł jego pomysł. Azreael, Azrafael, Dedrach, Rafael, Szemkiel — wszyscy byli przeciwko.

Trumnę wykonano z kamiennych bloków, na których wypisano po hebrajsku Dziesięć Przykazań - najlepsze epitafium, jakie tylko mogli wymyślić.

Stała samotnie na środku sali, z której wyniesiono wszystkie krzesła, obrazy i ławy. Cały czas pełniła przy nich wartę dwójka aniołów, zmieniających się, co pięć godzin.

Teraz napięli się niczym struny, słysząc pozdrowienie Gabriela, jednak na widok towarzyszącego mu upadłego anioła, ich ręce odruchowo przesunęły się na rękojeści mieczy.
— Wszystko w porządku, bracia — powiedział archanioł, unosząc dłoń — Syn marnotrawny wrócił pożegnać się z Ojcem.
Lucyfer skrzywił się słysząc to określenie, ale nic nie powiedział.

Otaksował beznamiętnym wzrokiem obu strażników: nie znał ich, musieli należeć do aniołów niższego rzędu, powołanych do istnienia już po jego odejściu. Wyglądali jak bliźniacy, obaj umięśnieni i wysocy, z ogolonymi na łyso głowami. Nosili pozłacane, narzucone na gołą skórę kolczugi, metalowo-skórzane pseudo-gatki i sandały na bosych stopach. Do pasów przytwierdzili sobie pochwy z mieczami. A wszystko to jakby wybrane na chybił trafił, bez dbania o efekt czy użyteczność.

Strój, który w zamyśle miał przerażać, wywołał u diabła ironiczny uśmieszek.
Tamci, zauważywszy to, nasrożyli się jeszcze bardziej.
Zapadło nieznośne milczenie.
Chcąc je przerwać, Gabriel odchrząknął i przemówił:
— To jest Uzjel, a to Barbiel — wskazał ręką najpierw anioła po prawej, a później po lewej — A to...
— Wiemy, kim jest - warknął Barbiel — Książe Ciemności, Władca Zgnilizny, Wielki Kusiciel, Zdradliwy Wąż, Zguba Świata...
— Wystarczy tych grzeczności — przerwał wypranym z emocji głosem Lucyfer — A teraz spieprzać, dzieciaki. Nie mam dla was czasu.

Tego było za wiele: strażnicy wyszarpnęli gwałtownie miecze i rozjuszeni ruszyli w kierunku diabła. Stepowali przy tym komicznie, wyprawiali przeróżne figury i piruety, zapewne mające zmylić atakującego wroga.
— Nie! — Gabriel próbował zastąpić im drogę, ale szatan odsunął go jednym ruchem ręki.
Później wypadki potoczyły się błyskawicznie.
W mgnieniu oka rozżarzone do czerwoności głownie roztopiły się z głośnym sykiem, skapując na podłogę.
Uzjel wrzasnął i odrzucił samą rękojeść, przyciskając poparzoną dłoń do klatki piersiowej. Barbiel poszedł w jego ślady.

W ich oczach odbiło się przerażenie.
Pierwszy z nich otworzył usta, chcąc coś powiedzieć, ale nie zdążył. Jeden ruch ręką i obaj zawiśli na niewidzialnym sznurze, dwa metry nad ziemią.
Twarze strażników momentalnie poczerwieniały.
Lucyfer zaczął powoli zaciskać wyciągniętą przed siebie, otwartą dłoń.
Barbiel kwiknął, a z nozdrzy buchnęła krew. Majtał szaleńczo nogami, ze wszystkich sił starając się uwolnić.

Gabriel patrzył na to skamieniały. Jeden rzut okiem na Uzjela i okazało się, że drugi z aniołów już stracił przytomność.
— Lucyferze… - wyszeptał archanioł, nie bardzo wiedząc, co ma zrobić.
Tamten powoli odwrócił na niego wzrok.

Osoba, która powiedziała, że w oczach szatana odbijają się ognie piekielne kłamała — można w nich dojrzeć tylko bezkresną pustkę.

Anioł poczuł, jak wciąga go do swojego wnętrza. Leciał w dół, prosto na spotkanie najgłębszej rozpaczy, w miejsce, gdzie brakuje łez. Gdzie nie ma już nic.
Usłyszał krzyk.
Dopiero po chwili zrozumiał, że dobywa się on z jego własnego gardła.
Opadł na kolana, ostatkiem sił zaciskając powieki.
Strumień potwornych obrazów urwał się gwałtownie.
Na moment.
Na chwilę.
To jeszcze nie koniec.

„Otwórz oczka, braciszku" — szeptał głos w głowie.
I kiedy wydawało się, że nic nie jest w stanie ukoić ten niewyobrażalnej furii, spojrzenie diabła niespodziewanie padło na otwartą trumną.
Ciemne oczy zaszkliły się.
Głowa o kruczoczarnych włosach opadła w dół, wargi zadrżały.
Wahał się.
Wypuścił głośno powietrze.
A później jednym celnym rzutem cisnął ciałami nieprzytomnych strażników przez otwarte drzwi.

Skinienie palców - podwoje zatrzasnęły się, rygiel opadł.
Zapadła cisza.
— Nic im nie będzie — mruknął szatan bardziej do siebie, niż do Gabriela.

  Powolnym krokiem podszedł do trumny.
Długo patrzył na twarz jedynej osoby, którą kiedykolwiek kochał.
Potem opadł na kolana, przykładając czoło do zimnego marmuru. Zaczął mówić coś cicho, niewyraźnie.
Archanioł przyglądał się temu bezwolnie, nie mając nawet sił, żeby wstać.
Czuł się tak bardzo zmęczony.

Co się stało ze strażnikami?
Przyrzekł sobie, sprawdzić czy z nimi wszystko w porządku.
Ale później, później, teraz nie, jeszcze nie teraz...
Boże, jaki on był zmęczony...

Wpatrywał się w nieruchome plecy Lucyfera, jednak jego myśli uciekły gdzieś hen, daleko, poza granice czasu i przestrzeni.

Już kiedyś to widział, wiele tysięcy lat temu.
Rajski Ogród.
Dwie nagie, dygoczące postacie. Zawstydzeni, upokorzeni, przerażeni.
I ten krzyk: „To ona, to ona, to wszystko przez nią!". Ludzka natura, zawsze taka sama — byle nie ja.
Smutek Ojca.
Kpiny Lucyfera.
Walka. Krew. Krew na policzku brata, ognisty miecz w dłoni.
Znowu krzyk.
I wreszcie koniec.

Anioł nie wiedział, co wyrwało go z transu. Dopiero po chwili zrozumiał, że słowo, dotąd szeptane przez diabła pod nosem, teraz nabrały olbrzymiej, niepojętej mocy.

Rozległ się huk.

Archanioł stracił równowagę i upadł twarzą na podłogę, która zaczęła falować, jak wezbrane morze. Marmurowe płyty wyginały się i skręcały, raz zbliżając się do kamiennej trumny, raz oddalając. Za ich przykładem poszły ściany, drżąc i tańcząc w rytm wyimaginowanej melodii.

Sala ożyła.
Gabriel przyglądał się temu z fascynacją. Zaparł się rękami i nogami, starając się ze wszystkich sił utrzymać stabilność.
Prawa dłoń Lucyfera zacisnęła się na brzegu trumny.
Płynna, szkarłatna esencja żywiołu rozlała się po żłobieniach, wypełniając litery.
— Jestem Prometeusz — dałem ludziom ogień...


1 2 3 4 Dalej..

 Po przeczytaniu tego tekstu, czytelnicy często wybierają też:
Asceza średniowieczna
Wspomnienie o Tadeuszu Kotarbińskim (1886-1981)

 Zobacz komentarze (7)..   


« Powiastki fantastyczno-teolog.   (Publikacja: 06-11-2009 )

 Wyślij mailem..     
Wersja do druku    PDF    MS Word

Kamil Szpyt
Student prawa

 Liczba tekstów na portalu: 2  Pokaż inne teksty autora
 Poprzedni tekst autora: Między młotem a kowadłem
Wszelkie prawa zastrzeżone. Prawa autorskie tego tekstu należą do autora i/lub serwisu Racjonalista.pl. Żadna część tego tekstu nie może być przedrukowywana, reprodukowana ani wykorzystywana w jakiejkolwiek formie, bez zgody właściciela praw autorskich. Wszelkie naruszenia praw autorskich podlegają sankcjom przewidzianym w kodeksie karnym i ustawie o prawie autorskim i prawach pokrewnych.
str. 6918 
   Chcesz mieć więcej? Załóż konto czytelnika
[ Regulamin publikacji ] [ Bannery ] [ Mapa portalu ] [ Reklama ] [ Sklep ] [ Zarejestruj się ] [ Kontakt ]
Racjonalista © Copyright 2000-2018 (e-mail: redakcja | administrator)
Fundacja Wolnej Myśli, konto bankowe 101140 2017 0000 4002 1048 6365