Racjonalista - Strona głównaDo treści


Fundusz Racjonalisty

Wesprzyj nas..
Zarejestrowaliśmy
158.670.306 wizyt
Ponad 1063 autorów napisało dla nas 7305 tekstów. Zajęłyby one 28821 stron A4

Wyszukaj na stronach:

Kryteria szczegółowe

Najnowsze strony..
Archiwum streszczeń..

 Czy jesteś zadowolony/a z życia?
Tak
Nie
Nie wiem
  

Oddano 925 głosów.
Chcesz wiedzieć więcej?
Zamów dobrą książkę.
Propozycje Racjonalisty:
Sklepik "Racjonalisty"

Złota myśl Racjonalisty:
Nieszczęście jest jedną z najczęstszych sytuacji, w jakich ludzie odwołują się do bogów i przodków.
 Światopogląd » Dotyk rzeczywistości

Kocham bezbożnice
Autor tekstu:

Życie nie jest czerwone. Nie jest też żółte, czarne, ani białe. A najbardziej nie jest zielone. Bo jeżeli zielone, to w kosmosie.

Najechał mnie kac jak ciężarówka.

Wystartował w okolicy płata skroniowego, ominął pień, zaczepił zderzakiem o węchomózgowie po czym, nabrawszy prędkości, rozjechał lewym kołem Łuk Hipokampa by po krótkim, acz bolesnym hamowaniu na podwzgórzu, wedrzeć się w głąb neocortis, miażdżąc po drodze nerw wzrokowy. Po omacku, natykając się tu i ówdzie na but lub skarpetę, oraz zmieniając za pomocą zaścielających drogę kapsli tempo pełzania, dotarłem do lodówki. Przywitał mnie oczekiwany chłód, ale zaskoczyła pustka, miejsca przeznaczonego skądinąd do zawierania w sobie czegoś, choćby — jak w moim przypadku — plastra białego salcesonu lub resztek łaciatego w chemicznej butelce. Przez chwilę, w duecie z mechanizmem urządzenia, z głową we wnętrzu zamrażarki, rzucałem klątwy w stronę pustych półek. Przerwałem, gdy zrozumiałem, że jedynym, dodatkowo nieszczególnie świeżym produktem wypełniającym wnętrze lodówki, jest moja głowa.

Nie ma rady, trzeba iść do sklepu, skonstatowałem ściągając językiem przymarzające do policzków łzy. Bezsilny, samotny, porzucony światu (przed kilku dniami z powodu idiotycznych 30 zł odcięto mnie od Internetu), postanowiłem przybrać pionową pozycję. Marzyła mi się 1.5 litrowa Muszyna albo mleko, ze wskazaniem na dwie butelki chłodnego portera. Do sklepu nie miałem daleko, ale pobieżne ablucje oraz przesuwanie mebli w celu odnalezienia odzieży, zatrzymały mnie w pokoju jeszcze przez czas jakiś. Z powodu braku w pobliżu pilota nie obejrzałemm południowych wiadomości. I to był pech. A może błąd nawet. Ale — do kroćset - skąd wiedzieć mogłem, że owładnięty myślą o browarze, wytwarzać oto poczynam nie tylko sen wiotki o tańczącym na brzegu stołu falbankowym kapslu, ale także generować całe zbiory owych kapsli, które — zogniskowane wokół fizjologicznego pragnienia — przemieniają się w szeregi, w łańcuchy całe zdarzeń, w których przyczyna i skutek stają się częścią całości, tak, że cokolwiek przedsięwezmę, przy pierwszym już ruchu staje się echem przyzywającym następne nieoczekiwane zdarzenie i że zdarzeń owych szeregi owijają się wokół mojej głowy, szyi i ramion, łańcuchem skutków, wciąż bardziej nieuniknionych, ukierunkowanych na psychiczną destrukcję, okupioną cielesną torturą ruchu każdego, nawet niepowziętego.

Oblekając ciało w odnalezioną odzież, walcząc z zamkiem, który u drzwi przez noc do cna zardzewiał, przemykając chyłkiem korytarzem, sunąc pod ścianą kamienicy dyskretnym krokiem w stronę najbliższego sklepu spożywczego wyposażonego w Muszynianką średnio gazowaną, nie zdawałem sobie sprawy, że najcięższe ma nadejść dopiero.

Wcześniejszy ból wywołany zderzeniem z własną głową, oraz walką z bezwładnym termoforem ciała przepełnionym resztkami wczorajszej towarzyskiej dysputy, tudzież cierpienie towarzyszące każdej próbującej się wykluć myśli; to wszystko było jedynie preludium przed ciosem, który toczył się już z naprzeciwka nieubłagany, ciężki, nieuchronny jak zły występ polskich piłkarzy podczas mistrzostw Europy w futbol.

Jeszcze cieszyły mnie wyludnione ulice, jeszcze radowała szara chmurka, która wychynęła zza miedzianego szpikulca wieży Kościoła Garnizonowego, by obetrzeć mi spoconą wędrówką skroń.

Żyję, wszak żyję jeszcze! — wrzasnąłem w stronę przechodzącego w pobliżu kota. Niestety, na usta wypełzł mi jedynie suchy zgrzyt. Zęby jak traki cięły słowa na wióry, rozdzierały wyrazy, zamieniały dźwięk w trociny.

To nic, nic… zaraz się napiję… Napiję, a może nawet coś zjem. Tak, zjem jabłko, gruszkę i rogala. Kupię sobie zupkę w torebce, kupię piwo, makaron i maślankę. Będzie lepiej, będzie dobrze. Jutro — nie, pojutrze, pójdę na siłownię. A później codziennie, później dnia każdego będę robił pompki. I będę pił maślankę. I jajka jadł będę. Całe stosy jajek od kurek z wybiegu. I będę kupował wołowinę. A także wątrobę. W wołowinie jest proteina a w wątrobie jest żelazo. Będę silny, zdrowy, wypoczęty...

Co to? Co to znaczyć? Remont jakiś? Remont w nowym sklepie? Drzwi zamknięte, w środku ciemno… Cisza dziwna, bezgłośna, milcząca, złowieszcza. Pusty sklep, puste ulice, nad głową nieboskłon, co Bogiem pusty. W centrum nieba ptak - zdechł w słońcu i wisi. Poczułem, że nadchodzi zawał. Mózgu lub serca. Nieuchronny, bliższy coraz… Tętno to zwalniało, to przyspieszało, potykało się o aortę i zamierało zablokowane zastawkami, poza którymi serce bezsilnie nasłuchiwało pękających w żyłach baniek z tlenem. Nie… to jeszcze nie zawał, ktoś nadchodzi. Dziecko, dziewczynka z żółtym balonikiem w jednej i z gałązką w drugiej ręce. Zieloną gałązką. Palemką.

Palemką? Jasna cholera — czy dzisiaj… przecież dzisiaj… Przepraszam Zosiu, dlaczego sklep jest zamknięty? — wychrypiałem w stronę dziecka. Mała roześmiała się i zamachała mi przed oczami zielonym badylem. Nie jestem żadna Zosia tylko Kasia! — zawołała. A pan nie wie, że dzisiaj są Zielone Świątki? Nie szedł pan w pochodzie? Ja szłam, ale teraz muszę się wysikać — szepnęła i ruszyła w stronę najbliższej kamienicy. Przebiegła kilka kroków, po czym zatrzymała się na moment i zawróciła w moją stronę. Jak się pan pospieszy, to jeszcze pan zdąży, są dopiero przy szpitalu a najwyżej przy pompie. Słyszy pan jak śpiewają? Niech pan weźmie palemkę to pana wpuszczą do środka.

Przeżyłem dzięki płazowi. To pełznąc to raczkując, trzy ulice dalej trafiłem na otwartą Żabkę. Zanim podniosłem się przy półce, wczołgałem się za ladę i przypadłem do stóp dwóm ekspedientkom.

— Kocham was bezbożnice! — krzyczałem. — Kocham cię córko Kaina i ciebie także Żydówko! Kocham was poganie, Murzyni i Cyganie! — darłem się w stronę stojących w kolejce ludzi. Bądźcie pozdrowieni barbarzyńcy, innowiercy i agnostycy - powtarzałem, sypiąc przy kasie bilon z portfela.

Dziękuję Ci apostato za uratowanie życia! — rzuciłem przy wyjściu w stronę ochroniarza.

 Dodaj komentarz do strony..   Zobacz komentarze (9)..   


« Dotyk rzeczywistości   (Publikacja: 07-06-2012 )

 Wyślij mailem..     
Wersja do druku    PDF    MS Word

Krzysztof Salak
Dziennikarz internetowy, publikujący w szczecińskim magazynie wirtualnym www.wSzczecinie.pl.

 Liczba tekstów na portalu: 2  Pokaż inne teksty autora
 Poprzedni tekst autora: But pochwalony
Wszelkie prawa zastrzeżone. Prawa autorskie tego tekstu należą do autora i/lub serwisu Racjonalista.pl. Żadna część tego tekstu nie może być przedrukowywana, reprodukowana ani wykorzystywana w jakiejkolwiek formie, bez zgody właściciela praw autorskich. Wszelkie naruszenia praw autorskich podlegają sankcjom przewidzianym w kodeksie karnym i ustawie o prawie autorskim i prawach pokrewnych.
str. 8095 
   Chcesz mieć więcej? Załóż konto czytelnika
[ Regulamin publikacji ] [ Bannery ] [ Mapa portalu ] [ Reklama ] [ Sklep ] [ Zarejestruj się ] [ Kontakt ]
Racjonalista © Copyright 2000-2018 (e-mail: redakcja | administrator)
Fundacja Wolnej Myśli, konto bankowe 101140 2017 0000 4002 1048 6365