To bardzo wyraźne przyznanie się strony religijnej do totalnej porażki - przez kilka tysięcy lat nie byli w stanie znaleźć dowodu na istnienie ich bogów. A przecież mają motywację - to byłoby potężnym wsparciem dla ich ideologii. No i mają środki bo są centrale organizacji religijnych są bardzo bogate.
Co więcej, nawet jeżeli nawet jeżeli nie potrafią zdobyć tego dowodu na istnienie ich bóstw, to przecież mogliby współpracować z naukowcami nad pomiarem sygnałów jakie wysyłają te bóstwa ludziom. Niezależnie od potencjalnej niematerialności bóstwa sygnał od niego musi się przecież kiedyś znaleźć w świecie materialnym i w związku z tym być mierzalnym. No ale taka współpraca z naukowcami jest dość niebezpieczna dla wiary - może się przecież okazać, że to wcale nie są sygnały od bóstw, tylko faktycznie choroba mózgu (np. padaczka płatów środkowych - polecam film BBC "God on the brain").
Skoro więc brak konkretów, to strona wierzących proponuje dużo słów bez treści, ułożonych w dziwnie układy ("jak też jest samym istnieniem, w którym istnieje cała reszta ", "każda cząsteczka nosi w sobie boski pierwiastek Stwórcy", "Człowiek został przez Boga stworzony, umieszczony w raju a następnie opuścił ów raj. I trafił do krainy gdzie żyły pewne ludy.") z ładunkiem uczuciowym ("człowiek jest owocem miłości Boga". "obopólną miłość, miłość wzajemną i akceptację"). Połączone z ciągłym przeskakiwaniem między różnymi tematami (istnienie bóstw, moralność, powstanie swiata, zbrodnie, holocaust, faszyzm, kosmologia, ewolucja, uczucia itp.).
Ale widać coś więcej, a dokładniej lęk przez udowodnieniem nieprawdziwości ich religii. Może stąd to przeniesienie dyskusji na temat abstrakcyjnych bóstw zamiast dobrze zdefiniowanych bóstw danej religii? W końcu czym bardziej abstrakcyjna i mało konkrenta jest deifinicja bóstwa, tym bardziej prawdziwe staje się stwierdzenie, że "Nieistnienia Boga nie udowodniono w żaden sposób". Tymczasem dla konkretnych i dobrzez zdefiniowanych religii nie da się wykluczyć stwierdzenia ich fałszywości; nie tylko na sprzeczności w postulowanych cechach, ale także na podstawie historii ich powstania.
Kolejna powód do obaw dla strony religijnej to możliwość "zwolnienia z pracy" religii, z powodu stania się niepotrzebnym po wyparciu religii przez naukę z wszystkich dziedzin, które poprzednio zajowała ("I tutaj pojawia się pytanie gdzie jest miejsce na Boga").
No i są dwie "manipulacje standardowe". Pierwsza to wadliwa definicja ateizmu. Ateizm to przecież brak wiary w bóstwa lub klasyfikowanie informacji o istnieniu bóstw jako wysoce nieprawdopodobnych, raczej niż wiara w nieistnienie bóstw.
Drua to wybielanie ideologii. Mówimy przecież o Biblii, zawierajacej opisy ludobójstwa, kazirodztwa, sztucznie wywołanej klęski żywiołowej, nienawiści i wojen o charakterze narodowościowo-etnicznym. Nie ma więc uzasadnienia dla stwierdzenia "O ile można więc obwiniać Kościół o różne rzeczy, tak nie można obwiniać o to samej wiary.".
Przy okazji: czy ktoś zauważył że wszelkie "argumenty" o bóstwach jako o stwórcach, czy jednostkach ingerujących w wojny plemienne itp., zmartwychwstałych kiedyś w przeszłości nie są żadnym dowodem na istnienie danego bóstwa teraz? No chyba, że religia ma prawo zabronić bóstwom zaprzestania istnienia. |