Racjonalista - Strona głównaDo treści


Fundusz Racjonalisty

Wesprzyj nas..
Zarejestrowaliśmy
182.557.364 wizyty
Ponad 1064 autorów napisało dla nas 7342 tekstów. Zajęłyby one 28978 stron A4

Wyszukaj na stronach:

Kryteria szczegółowe

Najnowsze strony..
Archiwum streszczeń..

 Zamierzasz się zaszczepić na SARS-CoV-2?
Tak
Raczej tak
Raczej nie
Nie
Poczekam jeszcze z decyzją
  

Oddano 3260 głosów.
Chcesz wiedzieć więcej?
Zamów dobrą książkę.
Propozycje Racjonalisty:
Sklepik "Racjonalisty"

Złota myśl Racjonalisty:
Wiedza nie ma właściciela.
 Państwo i polityka » Stosunki międzynarodowe

Kaukaz w płomieniach [4]
Autor tekstu:

Tych, których Allah uratował od odkołków, pocisków i bomb, czekał po wejściu armii federalnej obóz filtracyjny lub eszelon wagonów kolejowych. Dowódcy oddziałów federalnych ocalałą cywilną ludność określali mianem przesiedleńców. Nie żadnych bieżeńców, czyli uciekinierów. To przecież byli najzwyklejsi przesiedleńcy. Tak jak te krnąbrne Polaczyszki z lat czterdziestych. Wyprawiano ich do Tiumenia, Birobidżanu, na Daleki Wschód. Tam, gdzie Rosjanie żyć nie chcą, i tam, gdzie już się im pali grunt pod nogami. Pociągom przybywającym z czeczeńskimi bandytami przygotowywane były odpowiednie powitania. Instrukcji udzielił w telewizyjnym wystąpieniu sam premier Putin. Jak należy z terrorystami postępować? Najlepiej topić w kiblu. Poparcie w narodzie otrzymał powszechne.

Czołgi i BTMP obławy pękały od zdobyczy. Dywanów, telewizorów, lodówek. Wpadając do wsi, żołnierze oddziałów szturmowych niszczyli wszystko, co mogło mieć jakąkolwiek materialną wartość dla ich dowódców. Bo inaczej kazaliby im to oni później taszczyć, transportować jako trofeum. Dla siebie poszukiwali wyłącznie wódki i złota. Rosji potrzebna jest Czeczenia, geopolityczne centrum Kaukazu. Potrzebna, ale bez Czeczenów. Tą dewizą kierują się lokatorzy Kremla już od czasów generała Jermołowa. Dowodzony przez niego korpus ekspedycyjny wyrzynał w pień mieszkańców wsi w dolinach Tereku i Sundży w XIX wieku. W służbie rosyjskiej zginął Polak pułkownik Pasek, wnuk pamiętnikarza Chryzostoma. Kozacy polowali szczególnie na ciężarne kobiety. Bo te suki urodzą tych przeklętych bandytów.

Rosji potrzebna jest kuratela nad euroazjatyckim mostem lądowym, przez który przechodzą trasy magistralnych rurociągów przesyłowych ropy naftowej i gazu. Dlatego wojska federalne w pierwszej kolejności obsadziły tłocznie i trasę gazociągu o identycznej średnicy jak przebiegający przez Polskę odcinek tranzytowego gazociągu Jamał-Europa. Zasila w gaz setki miast i miasteczek na północnym Kaukazie. Musieli się spieszyć. Zdesperowani Czeczeni mogli go przecież wysadzić w powietrze. Wydawana w Moskwie gazeta „Sowierszenno Siekrietno" alarmowała: WAHABICI W TOBOLSKU — Oni już opanowują rejony wydobycia nafty!!! 1/3 budżetu Rosji przeznaczona była wówczas na wojnę w Czeczenii, a przy tym aż ¾ tego budżetu pochodziło z eksportu rurociągami ropy naftowej i gazu. Gazociąg Jamał-Europa wysadzono jednak w powietrze tylko raz. W powieści Red Gaz, autorstwa dysydenta Edwarda Topola. Precedens jednak zaistniał.

Od połowy września do Groznego nie dochodził prąd elektryczny. Brak też było wody i gazu. Zastanawiała tylko obfitość benzyny. Taniej. Po 3 do 5 rubli litr, za dolara 5 litrów. Nawet niezłej. Z polowych rafinerii. W jej skład wchodził duży, metalowy zbiornik zakopany w ziemi. Pod nim płonęła otwartym ogniem gazowa sztyca. Trochę rur, chłodnica, skraplacz. Gotowy produkt można było kupić przy wjeździe do każdej wsi. Sprzedawano go w 10 litrowych słojach po ogórcach. Transportowano też cysternami do Inguszetii, dla dowódców federalnych wojsk pancernych i kolumn samochodowych. W zamian proponowali uzbrojenie. Większość transakcji szła na wymianę. Machniom? Machniom! Obie strony były zadowolone.

Po otoczeniu Groznego pancernym kordonem utworzono korytarz do Inguszetii. Mieli się nim ewakuować cywile. Ci, którzy tego nie uczynili lub nie mieli sił uczynić, byli traktowani jako bandyci, terroryści, islamiści, wahabici (niepotrzebne skreślić). Dla nich właśnie przeznaczano bomby kasetowe, kulkowe, próżniowe, napalm i wszystkie te wynalazki, tak cieszące serca rosyjskich matek i generałów stworzone ongiś, aby pokonać wrogów socjalizmu i Kraju Rad. Nie stało Kraju Rad. Żałko. Dobrze, że chociaż znaleźli się wrogowie Matuszki Rossji. Bomby próżniowe są w stanie na znacznym obszarze wchłonąć cały tlen. Żadna istota potrzebująca go do oddychania nie przeżyje. Ostrzeżenie tej treści zostało wygłoszone w programie telewizyjnym odbieranym na całym północnym Kaukazie. Pułkownik, który je wygłaszał, miał sympatyczną twarz i łagodne, słowiańskie rysy. Taki dla dobra ojczyzny spełni każdy rozkaz.

W Groznym, na niewielkim placyku pomiędzy „Kafe Wajnach", a sklepem myśliwskim, gdzie sprzedawano haczyki na ryby, sztuczne przynęty i kamizelki na magazynki, handlowano też bronią. Ceny były umiarkowane. Kałasznikow kosztował 200‒250 USD. Pistolet Tokariewa (popularna TT) 350 USD, Pistolet Makarow 200‒250 USD. Pocisk do granatnika — 60 rubli przeciwpiechotny i nieco drożej kumulacyjny. Radiotelefon Motorola około 350 USD, kajdanki dla jeńców 200‒300 rubli. Obowiązkowym wyposażeniem każdego bojowika były też bagnety, kaukaskie kindżały, noże fińskie, a nawet hiszpańskie maczety. Broń każdy kupował sobie sam. Tak było na Kaukazie od prawieków. Od zawsze. Składamy wizytę w kwaterze głównej pułku specjalnego przeznaczenia Bors („Wilk"). Mój towarzysz służył w nim w czasie poprzedniej wojny jako snajper. Witają nas z otwartymi ramionami. Herbatą i orzeszkami. Jako pierwsi Polacy otrzymujemy pułkowe legitymacje. Są najlepszą ochroną, jeśli komuś przyszłoby do głowy udzielić nam przymusowej gościny. Moglibyśmy wtedy liczyć, że cały pułk będzie nasz szukał. I na pewno znajdzie. Legitymacja przydała się piszącemu te słowa jeszcze parę lat później w Tuwie, na afgańsko-pakistańskiej granicy Ina Karakorum Highway.

Z trzygwiazdkowym generałem Musą Bakajewem nikt nie miał śmiałości zadzierać. Generał miał 48 lat. W Azerbejdżanie dosłużył się stopnia pułkownika. Walczył z Ormianami o Karabach. Gdy ochotnicy pojechali do Abchazji, udał się za nimi. Twierdzi, że osobiście zniszczył 62 rosyjskie czołgi i pojazdy pancerne. Obiecuje zaokrąglić tę liczbę do pełnej setki. Jak zamierza zrealizować taki zamiar — nie wiadomo. Parę lat później odwiedziłem go w miłym domu w Niemczech. Jest konsultantem pewnych służb u naszego zachodniego sąsiada. Uważa, że wojna w Czeczenii wybuchła za sprawą ropy naftowej.

Pamiętam, że w przydomowym ogródku jego siostry w Groznym oglądałem naftowy szyb. Najzwyczajniejsza studnia z kołowrotem. Pompa też była. Ale nieczynna, bo nie było prądu. Na dobę dawało się wydobyć do 60 ton ropy. Dwie samochodowe cysterny. Miała doskonałą jakość. Nie potrzebowała rafinacji. Rozlana na mokrej ziemi i zapalona wybuchała jasnym płomieniem.

Urus Martan odwiedziliśmy parę godzin po bombardowaniu i rakietowym ostrzale. Zginęło 9 osób, około 30 było rannych. Dużo niewypałów. Zniszczonych kilkanaście domów. Najbardziej przejmujący był los matki 7 dzieci, która zebrała z drzew szczątki ich i męża. Straciła dom. Jedna z rakiet nie wybuchła. Pozostawiła za sobą cylindryczny, prowadzący w głąb ziemi szyb. Właściciel posesji spuścił się w jego głąb, aby zaczepić koniec rakiety do stalowej liny ciągnika. Zamierzał ją wyciągnąć i rozbroić. Ludzie przeklinali terrorystów w Moskwie i polityków. Rzekomo w tej miejscowości miały być więzione właśnie pod koniec października dwie Polki porwane w Dagestanie. Zastanawiające, że po umożliwieniu im korespondencji z krajem, skarżyły się tylko na brak ruchu i monotonię bytowania. Trzęsienia ziemi, jakie powoduje ostrzał rakietowy, nie zauważyły. Wyraźna fuszerka porywaczy, którym zależało na zapuszczeniu czeczeńskiego śladu w świadomości czytelników „Gazety Wyborczej". Udało się.

Nivę, którą jechaliśmy, zatrzymała grupa ludzi. Stali w centrum wsi na szosie koło rozbitego samochodu. W tę wieś uderzyły rakiety S5 i S8. Mogą być w nie wyposażone tak samoloty, jak i helikoptery. Z boku drogi — pokrwawione samochodowe plandeki przykrywały podłużne kształty. Trzy, może cztery. I co najmniej tyle samo zupełnie małych. Krótkich. Pod którymi prawie nie było nic. Wieś ucierpiała również w latach poprzedniej wojny. Wtedy też zginęli członkowie tej rodziny. Sąsiedzi pokazują w stronę remontowanego domu. Mieszkańcy Iczkerii bardzo lubią budować, rozbudowywać, upiększać swoje siedziby. Ci, którzy leżą pod plandeką, też dzisiaj budowali. Kładli na elewację nową warstwę cegieł. Sprowadzili ich cały transport. Chcieli zdążyć przed zimą. Nie zdążyli. Nalot. Nogi dziwnie stają się ciężkie. Przyśpieszone bicie serca. Pulsowanie krwi w skroniach. Parcie na pęcherz. Generał Bakajew jednak nie przerywa rozmowy. Nie odwraca nawet głowy. Energicznie gestykulując kontynuuje wymianę zdań. Bomby padają dość daleko. Jakieś kilkaset metrów. Wybuchy wznoszą tumany pyłu. Z rozpostartymi skrzydłami przebiega drogę stadko kur i nieduży psiak z podkulonym ogonem. Wieś nie sympatyzowała z rządem. Nie udzielała schronienia żadnym bandytom, terrorystom, mudżahedinom. Nie było też w niej żadnego obiektu wojskowego.

Być może komuś tam w sztabie przypomniał się 96 rok, kiedy tu broniło się blisko dwie setki bojowików. Rosjanie atakowali ich przez 47 dni. Stracili dużo techniki, ludzi. Czyżby zemsta? Generał uważał, że tak. Nie mógł pojechać z nami na wschód do Zandaka, gdzie przebiegała pierwsza linia frontu. Doprowadzał swój pułk do stanu pełnej sprawności bojowej. Specnazowców z pułku Bors Rosjanie bali się jak ognia. Spotkanie z nimi, to było spotkanie śmierci. Dostajemy służbowy samochód z dwoma uzbrojonymi po zęby bojowikami: Arsanem i Israpilem. Wołga ma rozbity cały przód. Jest bez świateł. Niedawno ostrzelano ją w zamachu na generała. Trasę do granicy z Dagestanem pokonuje w niespełna dwie godziny. Jedziemy przez Nowogroznyj i Aleroj. Dalej objazdem, aby uniknąć ostrzału czołgów szutrowymi drogami przez Gansołczu, Turtchuter, Szuani, Gendergen, Zandakara, Datach i na końcu Zandak. Promieniejący sławą niezdobytego nigdy przez wroga auł Zandak. Ostre, czyste powietrze. Wysokie, sięgające 2725 m, góry pogranicza. Lesiste doliny, w bieszczadzkim kolorycie jesiennych drzew. W Datachu tłumy uchodźców. Gromadzą się wokół samochodu. Zakwaterowani w szkole, w niewykończonych budynkach, w magazynach. We wsi, która liczyła 3000 mieszkańców, jest ich już 15 000. Ciągle przybywają nowi. Głowa miejscowej administracji, Rasuł Dakałow, obawia się wybuchu epidemii. Brakuje żywności. Nawet kukurydzianej mąki. Jeździł na rozmowy z rosyjskim pułkownikiem. Prosił, aby nie strzelano do rolników zbierających plony z pól. Obiecano mu to solennie. Rosjanie okazali się tacy jak zawsze. Zamiast kukurydzy przywieziono trupy. Datałow cytuje Churchilla: Podpisywane z nimi porozumienia nie są warte nawet papieru, na którym je podpisywano.

Wtórują mu najbliżej stojący. Nauczyciele, adwokaci, inżynierowie. Każdy chce do kamery wypowiedzieć swój żal, swoją krzywdę, swoje błaganie do cywilizowanego świata. Za co? Dlaczego? Dlaczego nas to spotyka? W Zamajurt jedna bomba zabiła 32 ofiary. W Binoj 9. Dlaczego niszczy się ich domy. Dorobek całego życia. Mają pretensję do władz w Groznym, że nie zostali przygotowani do wojny z Rosją. Że nie mają Stingerów. Że pozwolono Basajewowi iść z pomocą braciom w Dagestanie. A niby kto miał przeszkodzić? Przecież jego ród pochodzi z Dagestanu. I na pomoc szli sami Dagestańczycy, którzy schronili się u nas. Nawet komendę mieli rosyjską. Nie zgodzą się nigdy na wprowadzenie konstytucjonnogo poriadkana moskiewską modłę, co zapowiedział na spotkaniu z ludnością pogranicza w Gileni generał Bilajew. Niepodległa Czeczenia ma swoją Konstytucję. Przyjętą w 1997 roku. Nikt się nie zgodzi, aby znowu rosyjskie babuszki biły po twarzy czeczeńskie dzieci za rozmawianie w autobusach i w sklepach w ojczystym języku. Nie chcą być więcej czarkami. Tu są wszyscy zgodni. Zarówno mający 90 lat Basza Bardzukajew, poruszający się o dwóch laskach z zawieszonym u pasa pojemnikiem na mocz, ani jego 80 letnia żona Medina, ani ich plemiannik, czyli kuzyn, 60 letni Latajew Ilmad, ani wszyscy ci, którzy mogą wziąć broń w rękę. Auł Zandak będzie się bronił.


1 2 3 4 5 6 7 Dalej..
 Zobacz komentarze (2)..   


« Stosunki międzynarodowe   (Publikacja: 16-01-2017 )

 Wyślij mailem..     
Wersja do druku    PDF    MS Word

Witold Stanisław Michałowski
Pisarz, podróżnik, niezależny publicysta, inżynier pracujący przez wiele lat w Kanadzie przy budowie rurociągów, b. doradca Sejmowej Komisji Gospodarki, b. Pełnomocnik Ministra Ochrony Środowiska ZNiL ds. Międzynarodowego Rezerwatu Biosfery Karpat Wschodnich; p.o. Prezes Polskiego Stowarzyszenia Budowniczych Rurociągów; członek Polskiego Komitetu FSNT NOT ds.Gospodarki Energetycznej; Redaktor Naczelny Kwartalnika "Rurociągi". Globtrotter wyróżniony (wraz z P. Malczewskim) w "Kolosach 2000" za dotarcie do kraju Urianchajskiego w środkowej Azji i powtórzenie trasy wyprawy Ossendowskiego. Warto też odnotować, że W.S.M. w roku 1959 na Politechnice Warszawskiej założył Koło Stowarzyszenia Ateistów i Wolnomyślicieli.   Więcej informacji o autorze

 Liczba tekstów na portalu: 49  Pokaż inne teksty autora
 Poprzedni tekst autora: Hej ty ojcze atamanie
Wszelkie prawa zastrzeżone. Prawa autorskie tego tekstu należą do autora i/lub serwisu Racjonalista.pl. Żadna część tego tekstu nie może być przedrukowywana, reprodukowana ani wykorzystywana w jakiejkolwiek formie, bez zgody właściciela praw autorskich. Wszelkie naruszenia praw autorskich podlegają sankcjom przewidzianym w kodeksie karnym i ustawie o prawie autorskim i prawach pokrewnych.
str. 10081 
   Chcesz mieć więcej? Załóż konto czytelnika
[ Regulamin publikacji ] [ Bannery ] [ Mapa portalu ] [ Reklama ] [ Sklep ] [ Zarejestruj się ] [ Kontakt ]
Racjonalista © Copyright 2000-2018 (e-mail: redakcja | administrator)
Fundacja Wolnej Myśli, konto bankowe 101140 2017 0000 4002 1048 6365