Racjonalista - Strona głównaDo treści


Fundusz Racjonalisty

Wesprzyj nas..
Zarejestrowaliśmy
184.112.902 wizyty
Ponad 1064 autorów napisało dla nas 7352 tekstów. Zajęłyby one 29008 stron A4

Wyszukaj na stronach:

Kryteria szczegółowe

Najnowsze strony..
Archiwum streszczeń..

 Zamierzasz się zaszczepić na SARS-CoV-2?
Tak
Raczej tak
Raczej nie
Nie
Poczekam jeszcze z decyzją
  

Oddano 4047 głosów.
Chcesz wiedzieć więcej?
Zamów dobrą książkę.
Propozycje Racjonalisty:
Sklepik "Racjonalisty"

Złota myśl Racjonalisty:
"Drogi mi Platon, drogi Sokrates, ale jeszcze droższa prawda."
 Czytelnia i książki » Recenzje i krytyki

Trzeba zrobić nową przeszłość [2]
Autor tekstu: Romana Kolarzowa, Adam Kubiak

Kilka dni temu minął Jom Kippur. To dzień, w którym pobożny i niepobożny Żyd rozlicza się ze swoimi bliźnimi, ze Światem i ze Stwórcą — co kto mu jest winien i czyim jest wierzycielem. Tyle dziś wiadomo, że Pani Kurek swoim „podopiecznym" wciąż jest winna szacunek dla ich pamięci.

Poniżej Romana Kolarzowa pisze o swoich zajęciach z historii i kultury żydowskiej. Nietrudno domyślić się, że nie były one „zalecanym" kursem, co piszący te słowa może poświadczyć jako ich uczestnik. Pamiętam wspólne dla wielu słuchaczy zdziwienie gdy R. Kolarzowa rozpoczynała swoje zajęcia: „to Żydzi jeszcze istnieją?" "to oni maja jakąś kulturę?", „jakąś myśl?"… Judaizm od niebytu chroni tylko pamięć żyjących, w daleko większym stopniu niż jakąkolwiek inną kulturę. Centrum Żydowskiego Świata zawiera się między Ścianą Płaczu, Massadą, Drzewami Sprawiedliwych (tak!) i słowami modlitwy, którą odmawiają też niewierzący: "Słuchaj Izraelu". Ewa Kurek, chcąc nie chcąc dopisuje się do zwolenników twierdzenia o „antysemityzmie bez Żydów", bo przecież „Żydów już tak naprawdę w Polsce nie ma…". A jeśli są, to niezależnie od ich woli, zawsze jakaś życzliwa dusza pozwoli im zapomnieć ten semicki grzech grzechów.

Do następnego razu.

Dla naszego dobra

Wypowiedź Ewy Kurek, zachęcająca do „dania spokoju" ocalonym z Szoah, tzn. do zaniechania dociekań ich żydowskich korzeni, budzi bardzo mieszane uczucia. Wszystko to, co Autorka pisze — nie tylko zresztą w tym artykule — to prawda. Tyle że część wniosków pozostaje niedopowiedziana; zaś te, które są podane, niekoniecznie są niepodważalne. Tak jest z wywodem na temat hillul Ha Szem. Z religijnego punku widzenia, aby być Żydem, nie wystarczy się urodzić z żydowskiej matki. To może wystarczyć antysemicie. Żyd musi swoją przynależność potwierdzić — i temu służy publiczna ceremonia bar micwa (a w judaizmie reformowanym także bat micwa dla dziewcząt). To jest włączenie w dorosłą wspólnotę, zobowiązaną do przestrzegania Prawa. Warunkiem uznania za dorosłego jest znajomość i rozumienie Prawa. Żyd, który nie wie, kim jest lub wie, ale nie zna swojej tradycji lub/ani nie potwierdził swojego z nią związku, jest poza wspólnotą wiary. De facto nie jest Żydem. W ścisłym rozumieniu, gdyby chciał do tradycji wrócić, musiałby zacząć od uczenia się podstaw Prawa. Czyli praktycznie musiałby dokonać aktu konwersji. Oczywiście, część nowych interpretacji orzeczeń halachicznych kładzie nacisk wyłącznie na formalną konwersję tych wracających do tradycji, którzy dziedziczą ją w linii męskiej. Niemniej dla wszystkich zainteresowanych, aby wiara Żydów nie była tylko rytuałem, jest jasne, że - mniejsza o nazwę — nauka Prawa jest dla wszystkich powracających jedyną drogą. Bez znajomości Prawa nie można ani uświęcać, ani plugawić Imienia Najwyższego. Jednak każdy ma prawo do przyjęcia lub odrzucenia obowiązku, jakim jest znajomość Prawa — czyli na początek do wiedzy o tym, że taki obowiązek na nim spoczywa. I tu jest problem: w prawie do wiedzy o sobie i do dokonywania świadomego wyboru, nie w hipotetycznym „bezwiednym grzeszeniu".

Autorka przyjmuje, że w przypadku Ocalonych to są rzeczy, które rozstrzygnęły się dawno temu. „Dla ich dobra" należy to zostawić w spokoju. Jest to poniekąd podobna postawa jak wobec problemu adopcji. Dzieci adoptowane są w powszechnej świadomości „gorsze". Są również instrumentalizowane przez prawo, które „dla ich dobra" odcina im drogę do wiedzy o swoim pochodzeniu — rzecz nie do pomyślenia w cywilizowanym kodeksie. Inna rzecz, że ten właśnie przykład powinien Autorce uzmysłowić, jak pokrętne są ścieżki myślenia o prawie do zachowania tożsamości etnicznej i kulturowej. Jak wiadomo, Polska jest krajem, który nie może uporać się z problemem tzw. sierot społecznych. Część tych dzieci nie ma żadnych szans na adopcję krajową. Zarazem problem adopcji zagranicznych wywołuje histeryczne reakcje. Powód? — „Dzieci ulegną wynarodowieniu". Rozumie się, w tych okolicznościach „dla dobra dziecka" ważniejsze jest, aby było okaleczonym emocjonalnie (często też fizycznie) i upośledzonym społecznie Polakiem, niż w miarę normalnym Skandynawem czy Amerykaninem; któremu zresztą nie udaremniano by dociekań swojej tożsamości.

Racją, na którą powołuje się Ewa Kurek, jest postawa wielu spośród Ocalonych, którzy nie chcą ujawniać wiedzy o sobie, ponieważ się boją. To bardzo prawdziwe wyjaśnienie. Czego tak naprawdę boi się Rachela, mówiąca, że teraz — gdy dla całego swojego otoczenia jest Polką — „ludzie jej słuchają" i że to by się zmieniło, gdyby ujawniło się jej żydowskie pochodzenie? Dla niej czas ukrywania się i konieczność ukrycia nadal są rzeczywistością. „Pozostanie w szafie" jest jedyną szansą na utrzymanie szacunku otoczenia. Może tę rzeczywistość trzeba by nazywać wyraźnie po imieniu? Zastanowić się, głośno i wyraźnie, jak to jest, że taka szansa utrzymania dobrego imienia w środowisku nie bulwersuje, gdy jest dana członkom jakiejś wyróżnionej wspólnoty etnicznej — a szansa analogiczna, dana członkom wspólnoty własnej tam, gdzie są oni mniejszością, odebrana byłaby jako bezprzykładne upokorzenie i represja? Do tego ćwiczenia akurat nie trzeba wielkiej fantazji: Polacy tworzą wcale liczne wspólnoty w innych krajach. Ciekawam, jaka byłaby reakcja Ewy Kurek na opowieść o tym, że dla zyskania czy utrzymania poważania w otoczeniu najlepiej zacząć od zmiany personaliów i nawet z daleka nie budzić choćby oględnych domysłów, że może miało się kiedyś inne. Wątpię, aby tą reakcją było wyrozumiałe i nie wymagające komentarza uznanie oczywistości i takiego stanu rzeczy, i takiej racji.

Po imieniu również trzeba by powiedzieć o całości realiów Szoah; o tym, co groziło za pomoc Żydom, wiemy dobrze. Ale oprócz kar były też nagrody — i o tym by trzeba powiedzieć. Jakie korzyści były z wydania Żydów lub z poinformowania, że się ukrywających zabiło. Na ludzi, którzy narażali się, pomagając nam, donosili ich właśni sąsiedzi. Nie tylko ze strachu, żeby „nie mieć z tym nic wspólnego". Jakie były korzyści z takich donosów? Wreszcie, trzeba by i mówić o tym, ile materialnie kosztowało przetrwanie. I co się działo wtedy, gdy wyczerpały się środki. Czy aby nie „pomagano" im wówczas tak, jak matce i siostrze Racheli?

Należę do pokolenia dzieci Ocalonych, ale doskonale, wręcz coraz lepiej wiem, co ma na myśli Rachela. Wiem też, że ona ma rację, chociaż nie chce się z tą racją pogodzić. Ryzyko bycia Żydem nie znikło. To jest ciągle „wystawianie się na odstrzał". Oczywiście, to się zawsze nazywa jakoś ładniej i dodaje „racjonalne" albo zgoła „budujące" uzasadnienie. Łatwo je znaleźć, skoro tylko przyjmie się milcząco pewnik, że Żyd „nie jest jak inni ludzie": on nie chce po prostu żyć i pracować, to tylko przykrywka do całkiem innej roboty, w której „ludzie normalni" mają obowiązek przeszkadzać. Rzeczywiście, Żydowi można dać spokój wtedy i tylko wtedy, gdy nie ma się pojęcia, kim on jest.

Ale — wbrew Ewie Kurek — nie nazwałabym tego „zostawieniem w spokoju". Mówiłabym wyraźnie o tym, co sprawia, że w pewnych społecznościach, sześćdziesiąt lat po Szoah, Żyd — jeśli chce żyć w spokoju — powinien niezmiennie się ukrywać i powinien tego chcieć! Niemniej nie ma dla niego ukrycia; Autorka przecież wie, ze Żyda z urodzenia nawet chrzest nie ukryje Ukryć go może tylko całkowita niewiedza otoczenia. A zwłaszcza własna, taka, która z czystym sumieniem pozwoli czynnie uczestniczyć w tegoż otoczenia paradygmacie kulturowym. A ten paradygmat każe z przekonaniem opowiadać, że nigdy nie kupiłoby się rzeczy używanej, „bo może to po jakichś Żydach" („głos ludu", raczej niebiednego, w kazimierskim antykwariacie). Choć i z nie mniejszym przekonaniem skłaniał do pośpiesznego zajmowania mieszkań w kazimierskich kamienicach, choć doskonale było wiadomo, po kim one i dlaczego te mieszkania są do wzięcia. Być może tu dystynkcją jest kwestia zapłaty: „po Żydach" kupić — to brzydzi. Ale wziąć?...

Nie teoretyzuję; na własnej skórze doświadczałam i doświadczam tej rzeczywistości, ponieważ wybrałam inaczej, niż Rachela. A to, co ten wybór mi od lat przynosi, sprawia, że nieraz uważam go za szaleństwo. I, pomijając wszystkie inne względy, choćby tylko z tego powodu nie zmieniłabym swojego wyboru: w takiej rzeczywistości nigdy nie chciałabym zaliczać się do tej drugiej strony. Zgodnie z zaleceniem Talmudu, żeby raczej narażać się na bycie wśród przeklinanych niż znaleźć się wśród przeklinających. Inna rzecz, że nie nazwałabym tego odwagą; to jest tylko pokonywanie strachu, na tyle, na ile jest to możliwe. Bo nie zawsze jest.

Czegoś zresztą w samym wywodzie Autorki nie mogę zrozumieć. Niby większość żyjących w Polsce Ocalonych „jakoś tam wie" o swoich korzeniach; niby większość świadomie wybrała polskość… To kto tych korzeni szuka? Wyłącznie organizacje, zbliżone do fundamentalistów? Przez wiele lat prowadziłam zajęcia, poświęcone kulturze i filozofii żydowskiej. Przychodzili bardzo młodzi ludzie, niektórzy z niedowierzającą ciekawością, czy coś takiego, jak myśl żydowska w ogóle istnieje. Ale byli i tacy, którzy mieli bardzo mgliste wiadomości o związkach swojej rodziny z tą tradycją. Zdarzali się tacy, którzy wcześniej już szukali „śladów osobistych", a nie mając nadziei ich znaleźć, chcieli chociaż dowiedzieć się jak najwięcej o tym, co — być może - utracili. Wielu rozumiało milczenie swoich dziadków i rodziców, ale mimo tego zrozumienia nie chcieli się z nim pogodzić. Przez te lata „przerobiliśmy" na wiele sposobów argumenty, jakie przedstawia Ewa Kurek. Dla ludzi, liczących teraz po 40 — 24 lata, to nie są dobre argumenty. Bo oni, możliwe, że wnuki Ocalonych, chcą wiedzieć i mają do tego takie samo święte prawo, jak ich przodkowie do świętego spokoju. Nikt za nich nie może przesądzać ani o dostępności tej wiedzy, ani o tym, co z nią zrobią. Nie ma takiej instytucji, która mogłaby za tych poszukujących podejmować decyzję, że „dla ich dobra" trzeba ich od tej wiedzy odciąć. Bo tylko niewiedza może im zagwarantować spokojne życie. To jest zupełnie inny problem, którego na pewno nie załatwi się demonstrowaniem, że „właściwie Żydów już w Polsce nie ma".

Poza zasadą dorzeczności

Nie mam nabożeństwa do historii. Niespecjalnie ufam zapewnieniom, że w narracjach historycznych chodzi o jak najściślejsze ustalanie faktów. Dość dobrze wiem, jak mają się rzeczy z naocznymi świadkami rozmaitych zdarzeń: im więcej osób zdaje relację nawet z nieskomplikowanego wydarzenia, tym więcej sprzeczności. To skłania też do dystansu wobec tzw. źródeł. W najlepszym razie są to materiały pozwalające zorientować się, jaki był sposób myślenia ich autorów. W zasadzie i to już wiele, ale prawdy o przeszłości w żadnym razie to nie czyni. I właśnie dlatego, że w relacjach o tym, co było trudno oczekiwać materialnej ścisłości (nawet bez intencjonalnej złej woli — toż prawie każdy wie, że różne zdarzenia z własnego i cudzego życia mogą z biegiem lat tracić znaczenie lub je zyskiwać...) można zdecydowanie domagać się powstrzymania od jawnego fantazjowania. W każdym razie nie wydaje się przesadą stawianie takiego wymogu rozważaniom pretendującym do naukowości.


1 2 3 4 5 Dalej..

 Po przeczytaniu tego tekstu, czytelnicy często wybierają też:
Kara boska za ateizm i aborcje
Błędne twierdzenia o wyczerpywaniu się zasobów

 Zobacz komentarze (5)..   


« Recenzje i krytyki   (Publikacja: 09-05-2011 )

 Wyślij mailem..     
Wersja do druku    PDF    MS Word

Romana Kolarzowa
Profesor Uniwersytetu Rzeszowskiego (zakład aksjologii wydziału filozoficznego). Wcześniej pracowała na Uniwersytecie Jagiellońskim, w Akademii Muzycznej w Poznaniu oraz na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu. Była redaktorką wydawnictwa Rebis. Była związana z organizacjami: Ruch Obrony Praw Kobiet, NEUTRUM, Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami. Autorka książek: "Postmodernizm w muzyce" (Warszawa 1993), "Przekroczyć estetykę" (Kraków 2001), "Wprowadzenie do tradycji i myśli żydowskiej" (Rzeszów 2006), "Kilka ćwiczeń z myślenia praktycznego" (w przygotowaniu).

 Liczba tekstów na portalu: 4  Pokaż inne teksty autora
 Najnowszy tekst autora: Krwawe majaki kultury
Wszelkie prawa zastrzeżone. Prawa autorskie tego tekstu należą do autora i/lub serwisu Racjonalista.pl. Żadna część tego tekstu nie może być przedrukowywana, reprodukowana ani wykorzystywana w jakiejkolwiek formie, bez zgody właściciela praw autorskich. Wszelkie naruszenia praw autorskich podlegają sankcjom przewidzianym w kodeksie karnym i ustawie o prawie autorskim i prawach pokrewnych.
str. 1420 
   Chcesz mieć więcej? Załóż konto czytelnika
[ Regulamin publikacji ] [ Bannery ] [ Mapa portalu ] [ Reklama ] [ Sklep ] [ Zarejestruj się ] [ Kontakt ]
Racjonalista © Copyright 2000-2018 (e-mail: redakcja | administrator)
Fundacja Wolnej Myśli, konto bankowe 101140 2017 0000 4002 1048 6365