Racjonalista - Strona głównaDo treści


Fundusz Racjonalisty

Wesprzyj nas..
Zarejestrowaliśmy
184.043.380 wizyt
Ponad 1064 autorów napisało dla nas 7352 tekstów. Zajęłyby one 29008 stron A4

Wyszukaj na stronach:

Kryteria szczegółowe

Najnowsze strony..
Archiwum streszczeń..

 Zamierzasz się zaszczepić na SARS-CoV-2?
Tak
Raczej tak
Raczej nie
Nie
Poczekam jeszcze z decyzją
  

Oddano 4009 głosów.
Chcesz wiedzieć więcej?
Zamów dobrą książkę.
Propozycje Racjonalisty:
Sklepik "Racjonalisty"

Złota myśl Racjonalisty:
Racjonalista musi wykształcić w sobie silny moduł krytyczny, skierowany nie tylko wobec cudzych poglądów, ale i własnych. Powinien niepokoić się ten, kto nigdy nie zmieniał, nie modyfikował ani nie obalał własnych poglądów, a jedynie cudze.
MA 
« Światopogląd  
O człowieku, nauce, religii i etyce. Rozmowa z profesorem Zdzisławem Cackowskim [2]
Autor tekstu: Z. Cackowski, Jerzy Ładyka, Zdzisław Słowik

- w kręgach fundamentalistycznie nastawionych ekologistów pojawiła się ostatnio moda na wyścigi w oskarżeniach gatunku ludzkiego; to też jest tworzeniem fałszywej perspektywy.

  • Mówił Pan wcześniej, że kiedyś traktowano Biblie jako księgę Słowa Bożego. Ale przecież do dzisiaj Kościół katolicki przekazuje słowa Biblii swoim wiernym jako „Słowa Boże".

Zacznę odpowiedź od zacytowania słów wybitnego teologa, pani Uty Ranke-Heinemann (która jest katoliczką, choć z Kościołem mocno na bakier): „Jak można na progu trzeciego tysiąclecia być tak infantylnym, by wierzyć, że jakaś księga zawiera słowo Boże" („Polityka", 25.4.1998). Właśnie: czy to sprawa infantylizmu intelektualnego, czy też może intelektualnej etyki, uczciwości intelektualnej. Władysław Witwicki zapytałby o to, jak człowiek oświecony może czytać słowa Biblii z przeświadczeniem, że czyta Słowa Boże, że czyta słowa niosące prawdy absolutne i propagujące absolutnie pozytywne wartości! Jak można te słowa tak traktować, gdy są to, jakże często, słowa budzące grozę! Ale, ale: te pytania nie całkiem dotyczą katolicyzmu. Wprawdzie w kościołach katolickich ciągle — po odczytaniu odpowiedniego fragmentu Biblii — słyszy się wyrażenie „Oto Słowo Boże", ale przecież Kościół w swojej roztropności tak nie sądzi, bowiem wedle nauczania katolickiego prawda Boża zyskuje swoją nieomylność dopiero w słowie wykładni Magisterium Kościoła; słowem Bożym jest dopiero słowo papieża, Kościoła! Cóż więc znaczy kościelne: „Oto słowo Boże"? Może to tylko rytuał, akt tworzenia pewnego wspólnotowego nastroju, nastroju uniesienia, zespolenia? W każdym razie wypowiadany w obrzędzie liturgicznym zwrot — bądźmy ostrożni — nie całkiem zgadza się z kościelnym nauczaniem. U protestantów, owszem, wyraża on ich wiarę dosłownie, bo oni wierzą w autentyczną i dosłowną obecność słowa Bożego w Biblii. Ale czy katolicy, zwłaszcza katolicy polscy, wiedzą o tym, w co wierzą? A może to w ogóle nie jest najważniejsze, może nie „świadomość religijna" jest najważniejsza, ale wspólnota, „więź kościelna"? W każdym razie, Kościół katolicki dał sobie prawo interpretowania słów Biblii i niekiedy idzie w korzystaniu z tego prawa bardzo daleko. Jan Maltecki („Dziś", 5/32, s. 67) zwraca uwagę na to, że nawet 10 przykazań zostało przez Kościół sfałszowane, co jest faktem. Modyfikacją najważniejszą jest opuszczenie drugiego przykazania (o bałwochwalstwie). Ale, co jest szczególnie kuriozalne, Luter, uznając słowa Biblii za słowa Boga, wcale nie przywołuje (w Małym katechizmie) słów Biblii, ale wykłada Dziesięcioro wedle wersji niebiblijnej. A może by tak opublikować w „Res Humana" biblijną wersję „Dziesięciorga Przykazań"? Dużo miejsca nie zajmie (2 Ex, 20). Jako jeszcze jeden kwiatek z tej samej łączki odnotujmy ostatnie majstrowanie przy Ojcze Nasz: w ostatnim polskim tłumaczeniu Biblii (B. Tysiąclecia) zamiast „I nie wódź nas na pokuszenie" (Mt 6, 13) wstawiono: „i nie dopuść, abyśmy ulegli pokusie".

  • Co łączy dzisiejszą filozoficzną refleksję, a co sprawia, że tak wiele w niej było i jest szkół, nurtów, poglądów?

Zacznę od czynników różnicujących dzisiejszą filozofię. Dzisiejszą filozofię różnicuje to samo, co różnicuje życie ludzi na Ziemi. Ludzie żyją w Europie Zachodniej i w środkowej Afryce, w Kanadzie i Ameryce Łacińskiej. Ludzie żyli i umierali (raz bardziej żyli, to znowu bardziej umierali) w tym naszym XX wieku w Auschwitz, w Gulagach, w Kambodży Pol-Pota, ale żyli też w królewskich, książęcych i magnackich pałacach, ludzie jadali i jadają na srebrnych i złotych zastawach, ale też miliony ludzkich istnień umiera z głodu lub żywi się zawartością śmietników. Te zróżnicowane treści i sposoby życia znajdują swój wyraz w różnych formach działania i w różnych formach kultury duchowej: w gospodarce i w stosunkach społecznych (właściciel — proletariusz; bogaty — biedny; potrzebujący i domagający się porządku — buntujący się i burzący istniejący porządek); w technologii i nauce; w sztuce; w religii. Żadna konkretna postać filozofii nie jest w stanie tej różnorodności życia ludzkiego objąć. Filozofia jest więc z konieczności zróżnicowana, w szczególności jej zróżnicowanie wynika z tworzywa, którym żyje, z materii życia, na której pasożytuje, z której czyni „pępek" świata, totalny klucz (wytrych) do zrozumienia wszystkiego, albo wszystkiego, co jest — wedle danej filozofii — ważne. Więc: jedne orientacje filozoficzne (scjentyzm, pozytywizm) żyją nauką i z nauki; inne (egzystencjalizm) - ludzkim indywidualnie przeżywanym dramatem beznadziejnego (bo koniecznego, a nieprzewidywalnego w skutkach) wyboru, wolności wyboru; inne znowu, związane z doświadczeniem religijnym i kulturą religijną, albo to doświadczenie z pozytywną (apologetyczną) intencją racjonalizują, dostosowując swoje teorie do potrzeb instytucji wyznaniowych (tomizm), albo racjonalizują owo doświadczenie krytycznie, osadzając je w kontekście socjo-kulturowym (marksizm); jeszcze inne (hermeneutyka), przejęte nieprzejrzystością stosunków międzyludzkich i ludzkich zachowań (w których ludzie ciągle coś ukrywają, ciągle się maskują), i mowy ludzkiej, wołają o szukanie głębokich (ukrytych) znaczeń, czyniąc z tego poszukiwania program myślenia o wszystkim, o wszystkich aspektach życia i świata.

  • Ale wszystkie te izmy nazywane są filozofią. Co więc je łączy?

Nie sądzę, aby można było wskazać jakiś wspólny mianownik dla wszystkich tych filozoficznych izmów. Ja w każdym razie nie potrafię wskazać jakiegoś zbioru zasad (albo choćby jednej jakieś określonej zasady), które byłyby/mogły być akceptowane przez wszystkie filozofie. A jednak, mimo to, te różne filozofie nie są wysepkami na morzu intelektualnej kultury wzajemnie od siebie całkiem oddzielonymi. Mechanizm podstawowy ich zespalania opiera się na zasadzie bliskiego/najbliższego sąsiedztwa (tak samo zresztą pojmuję podstawową zasadę jedności nauki współczesnej). Bliskie są więc sobie: pozytywizm i behawioryzm; nakładają się nieco na siebie pozytywizm i marksizm (tzw. tendencja engelsowska); z drugiej strony marksizm sąsiaduje w naszym sensie tego słowa z egzystencjalizmem oraz personalizmem chrześcijańskim; marksizm też sąsiaduje (nakłada się pod pewnym względem) na psychoanalizę (co dostrzegł był E. Fromm). Ale zespalanie wielorakości filozofii w pewną jedność na podstawie sąsiedztwa ma dwie strony. Chodzi o sąsiedztwo „dobre" (na nie wskazują powyższe przykłady), ale też o sąsiedztwo „najbliższej nieprzyjaźni", żeby nie powiedzieć maksymalnej wrogości. Niekiedy odnoszę wrażenie, że podstawowym wyróżnikiem określonych kierunków filozofowania nie jest to, co one głoszą, ale to, czemu przeczą, czemu się sprzeciwiają. W tym sensie powiązany jest egzystencjalizm z heglizmem, pozytywizm z metafizyką, tomizmem i fenomenologią. Słowem, nie ma jednej filozofii, jednego stylu filozofowania, czy jednego zbioru zasad przyjmowanych przez wszystkie orientacje filozoficzne. Nie istnieje więc, jak sądzę, filozofia w ogóle, filozofia „prawdziwa". Istnieje w obszarze filozofii wielość, ale wielość zespolona na zasadzie podwójnego sąsiedztwa — sąsiedztwa pozytywnego i negatywnego (skłóconego).

  • A jak „się czuje" Pana osobisty marksizm? Był Pan marksistą. Zdaje się, że czuje się Pan nim nadal. Czy łatwiej było być marksistą w okresie jego oficjalnego uznawania, czy też obecnie — w czasie bodaj powszechnego odrzucania marksizmu?

Być marksistą (deklarować się jako… lub być określany jako...) i korzystać w pracy umysłowej z zasad oraz istotnych kategorii marksizmu. Te dwa określenia należałoby od siebie odróżniać. Wydaje mi się, że w moim przypadku zawsze (tak dawniej jak i teraz) bycie marksistą było wtórnym efektem przydatności pewnych zasad filozofii Marksa w myśleniu o świecie, człowieku i społeczeństwie. No więc, po tym wyjaśnieniu — kiedy było trudniej być marksistą? I dawniej było trudno, i teraz niełatwo. Ale każda z tych dwu trudności ma swój własny koloryt. Dawniej trudność marksistowskiego myślenia wynikała z oficjalnych (nawet instytucjonalnych) wymogów po prawności, a gdy ktoś zna kryteria pełnej poprawności i żąda ich przestrzegania, to oznacza to blokadę myślenia. Myślenie autentyczne zawsze wykracza poza ramy poprawności. Co do mnie, to niektórzy wątpili jednak w autentyczność mojego marksizmu. A ja chciałem myśleć, ale heretykiem być nie chciałem, w każdym razie nie byłem nim. Obecnie jestem w moim marksizmie bardziej rozluźniony. Jeden z naszych wspólnych znajomych powiedział mi dwa lata temu, że jestem obecnie jeszcze bardziej niż dawniej inteligentny. Bardzo uprzejme było w tej pochwale owo „jeszcze". W sumie przyjąłem te słowa bezczelnie za prawdę, tłumacząc przyrost mojej inteligencji właśnie tym rozluźnieniem nacisku zewnętrznego. Natomiast na czym polega trudność „marksizowania" w obecnych czasach? Wynika ona z zasłużonej kompromitacji systemu, którego podstawą ideo logiczną był marksizm, ale też z monstrualnie przesadnego ataku na marksizm ze strony instytucji oficjalnych dzisiaj ideologicznie panujących nad mentalnością zbiorową. Dzisiaj marksizmowi idzie się pod prąd. Nacisk tego przeciwnego prądu jest bardzo silny, wręcz brutalny. Ale wynikają stąd, z tych trudności i oporów, pewne okoliczności korzystne: w atmosferze oficjalnego i powszechnego poparcia dla pewnych idei coraz częściej głosi się je bez rzeczowych argumentowy więc jako frazesy. Łatwo to dostrzec, obserwując tę lawinę poprawnych frazesów dzisiaj panującego światopoglądu, która bezpiecznie płynie przez wszystkie kanały i zalega większość łamów. Otóż stroną pozytywną dzisiejszej sytuacji marksizmu jest właśnie niemożliwość głoszenia marksistowskich frazesów, co było możliwe kiedyś a nie jest możliwe dzisiaj, bo dzisiaj jest to w Polsce przywilej katolicyzmu. Teraz chciałbym przywołać, jako ilustrację powyższej refleksji, pewne wspomnienie z 1993 roku. Zaproszono mnie wtedy na sympozjum do Danii, proponując referat na temat Aktualne treści marksizmu Zgodziłem się i pojechałem. W przeddzień mojego referatu zapytał mnie młody Duńczyk o temat wystąpienia. Na odpowiedź zareagował eksplozją śmiechu, dosłownie tarzał się ze śmiechu. W nie lada konfuzję ten śmiech mnie musiał wprawić, nie lada stres trzeba było przeżyć. Ale nazajutrz na wykładzie się już nie śmiał, a przy tym nie miałem poczucia, że jego powaga wynikała z kurtuazji.

  • Mówił Pan o praktycznej kompromitacji marksizmu. Czy było to nieuniknione, czy możliwe jest tak mądre zastosowanie jakiejś mądrej doktryny rewolucyjnej, żeby rzeczywiście uniknąć „błędów i wypaczeń"?

Jest to bardzo kuszące pytanie, ale i trudne, a i rozlegle. Ulegam pokusie, ale ograniczę się tylko do preliminariów. Rewolucja Październikowa nie była, nie miała być, i nie mogła być przeprowadzana i przeprowadzona wedle katechizmu Marksa, choć pomysły Marksa działaniom rewolucjonistów (przede wszystkim Leninowi, choć nie tylko) towarzyszyły. Wszystkie dotychczasowe rewolucje były przede wszystkim i głównie buntem wobec rzeczywistego stanu rzeczy, odrazą do niego i ucieczką od niego. W dziejach ludzkich w ogóle ucieczka jest pierwotna i nadrzędna wobec dążenia. Przedmiot/stan rzeczy odrzucany w rewolucji jest zawsze wyraźny i określony, ale ta wyraźność i określoność ma tu przede wszystkim charakter emocjonalny a nie rozumowy. Ta emocjonalna określoność stanu rzeczy odrzucanego jest w rewolucji zawsze związana z niedookreślonością teoretyczną, z nieokreślonością świadomościową. Zapal buntu jest więc zawsze związany z zaślepieniem. Rewolucja jest zawsze i przede wszystkim buntem ("Przeciw") i ucieczką ("Od"). W buncie i ucieczce dominuje nie rozum, nie świadomość i teoria, ale emocja i przez nią dyktowana gwałtowność. Gdy się jednak ucieka od czegoś, to „się zmierza" też — jakby automatycznie — ku czemuś. W buncie jednak pierwotna i podstawowa jest ucieczka, od rzucanie, a o nim nie rozum lecz emocja decyduje. Dążenie ku czemuś jest tu wtórne. Z powodu tej wtórności właśnie przedmiot dążenia jest inaczej wyznaczany niż przedmiot odrzucany. Przedmiot, stan od rzucany wyznaczany i określany jest emocją, konkretnością i dokuczliwością wywoływanej przezeń emocji. Stan, ku któremu się zmierza natomiast, albo ma się zmierzać — wyznaczany i określany jest inaczej i nie konkretnością uczuć, ale ogólnością pojęć i abstrakcyjnych wartości. Pole ucieczki od stanu odrzucanego, kierunek ruchu „na drugą stronę" jest nieokreślony; jest on tylko negacją określoności złej. Z tego to powodu przyszłość wyznaczana przez bunt jest nieokreślona. Ta właśnie nieokreśloność przestrzeni przyszłego (porewolucyjnego) świata jest redukowana przez teoretyczne i moralne doktryny zyskujące wpływy w danej epoce: miłość bliźniego jak siebie samego; albo: wolność, równość, braterstwo; albo: przez wspólnotę własności do braterstwa i równości oraz: od każdego wedle możliwości, każdemu wedle potrzeb. Tak więc przedmiot/stan rzeczy odrzucany w rewolucji jest odbierany emocjonalnie przez ludzkie zbiorowości i wyrażany w masowym buncie. Ta część „rewolucyjnej świadomości" nie jest wnoszona w obszar buntowniczych motywów, a jeśli jest wnoszona, to nie przez jakiś intelekt, nie przez inteligencję, ale przez rzeczywistość nie do zniesienia. Natomiast pozytywne ukierunkowanie buntu, faktycznie, zawsze jest doktrynalnego pochodzenia. A owe doktryny przeobrażające bunt, odrzucanie czegoś i ucieczkę od czegoś w dążenie ku czemuś miały i ciągle mają pewien ważny element wspólny: wskazują one zawsze bramy raju, za którymi — gdy prędzej czy później zostaną przekroczone - zbuntowani przeciw i wtórnie dążący ku znajdą świat inny, pod jakimś względem pewnie lepszy, ale wcale nie rajski, co po jakimś czasie doprowadzi do nowych buntów, przed którymi znowu wielcy i wspaniali myśliciele, moralizatorzy i marzyciele, o których wielkości i wspaniałości mówię tu bez ironii, wzniosą nowe bramy raju. Owe bramy raju wznoszone są nie tylko siłą intelektu wielkich myślicieli i marzycieli. Fundamentem tych rajskich bram jest wielkie wołanie zbuntowanych, ich bezmierna nadzieja, ich niecierpliwość i podatność na złudzenia. To są właśnie ci, qui volunt decipi, ergo decipiuntur. Czy w sumie te złudne bramy raju są błogosławieństwem dla ludzkości, czy są koniecznością, czy ich darów nie dałoby się osiągnąć mniejszym kosztem? W każdym razie przeważnie nie były to ułudy całkowite. Coś z oczekiwań wraz zich przekraczaniem spełniało się jednak. Faktem natomiast niewątpliwym jest że największe cmentarzyska całej dotychczasowej przestrzeni ludzkiego życia znajdują się w okolicach bram raju, zarówno przed nimi, jak i tuż za nimi.


1 2 3 4 Dalej..

 Po przeczytaniu tego tekstu, czytelnicy często wybierają też:
Życie bez Boga
Obrona Oświecenia i Nietzschego. List otwarty do Małgorzaty Bocheńskiej

 Zobacz komentarze (2)..   


« Światopogląd   (Publikacja: 21-12-2006 Ostatnia zmiana: 25-02-2011)

 Wyślij mailem..     
Wersja do druku    PDF    MS Word

Jerzy Ładyka
Profesor doktor habilitowany nauk filozoficznych specjalizujący się w teorii kultury i polityce kulturalnej. Autor m.in. książki Kultura i światopogląd

 Liczba tekstów na portalu: 13  Pokaż inne teksty autora
 Najnowszy tekst autora: Jezus historyczny i symboliczny. Refleksje nad Biblią

Zdzisław Słowik
Politolog specjalizujący się w polityce wyznaniowej. Redaktor naczelny czasopisma "Res Humana", wiceprezes Rady Krajowej Towarzystwa Kultury Świeckiej. Doktorat: "Dialog jako jeden czynników współdziałania socjalistycznego państwa i Kościoła rzymskokatolickiego (na przykładzie PRL)" (UŚl, 2001)

 Liczba tekstów na portalu: 7  Pokaż inne teksty autora
 Najnowszy tekst autora: Wielkość i dramat Donbasu
Wszelkie prawa zastrzeżone. Prawa autorskie tego tekstu należą do autora i/lub serwisu Racjonalista.pl. Żadna część tego tekstu nie może być przedrukowywana, reprodukowana ani wykorzystywana w jakiejkolwiek formie, bez zgody właściciela praw autorskich. Wszelkie naruszenia praw autorskich podlegają sankcjom przewidzianym w kodeksie karnym i ustawie o prawie autorskim i prawach pokrewnych.
str. 5165 
   Chcesz mieć więcej? Załóż konto czytelnika
[ Regulamin publikacji ] [ Bannery ] [ Mapa portalu ] [ Reklama ] [ Sklep ] [ Zarejestruj się ] [ Kontakt ]
Racjonalista © Copyright 2000-2018 (e-mail: redakcja | administrator)
Fundacja Wolnej Myśli, konto bankowe 101140 2017 0000 4002 1048 6365