Racjonalista - Strona głównaDo treści


Fundusz Racjonalisty

Wesprzyj nas..
Zarejestrowaliśmy
173.807.353 wizyty
Ponad 1064 autorów napisało dla nas 7337 tekstów. Zajęłyby one 28957 stron A4

Wyszukaj na stronach:

Kryteria szczegółowe

Najnowsze strony..
Archiwum streszczeń..

 Kiedy będzie dostępna szczepionka na SARS-CoV-2 ?
Za miesiąc
Za pół roku
Za rok
Nie będzie możliwa
  

Oddano 1802 głosów.
Chcesz wiedzieć więcej?
Zamów dobrą książkę.
Propozycje Racjonalisty:
Sklepik "Racjonalisty"

Złota myśl Racjonalisty:
"Kto zna swoją głupotę, nie jest wielkim głupcem."
 Światopogląd » Dotyk rzeczywistości

Zakupy [1]
Autor tekstu:

Zakupy są – na ogół – horrorem. Ich konieczność powraca cyklicznie, miarowo, nieuchronnie – niczym łopaty młyńskiego koła wbijające się w płynną rzeczywistość codziennego życia. To żelazny punkt programu, którego nie można sobie odroczyć, chyba że za cenę ekspresowej erozji zwyczajowych i koniecznych czynności: jedzenia, mycia, ubierania, rozrywki…Tak się przynajmniej wydaje. Trzeba wszak znieść do domostwa wszystkie niezbędne ingrediencje służące do upichcenia dnia powszedniego, nadania mu smaku nie odbiegającego od słusznych oczekiwań cywilizowanego człowieka. Inaczej nie będzie możliwy odpoczynek, błogostan: ciche i rozkoszne zażywanie intymności domu w pełnym poczuciu obfitości i zaspokojenia. Bez zakupów nie podobna uczynić sobie tymczasowego raju konsumenta: polegiwania na wygodnej kanapie, napełniania brzucha ulubionymi łakociami, spoglądania na słusznych rozmiarów i najlepiej LCD telewizor lub iście ekstatycznego rozpakowywania książki z tych modnych ostatnio cieniutkich, gładkich i szeleszczących folii (uniemożliwiających biedakom nieuczciwe, a nawet jakoś złośliwe podczytywanie sobie woluminów w ukryciu, pomiędzy regałami księgarni), popijania przy tym markowego wina, markowego tak jak kubraczki wiszące w designerskiej, wnękowej szafie, błyszczącej wewnątrz niklowanymi drążkami o wytrzymałości do 120 kilogramów. Oczywiście miernej moralnie i duchowo jakości są te raje, ale lepszych się ani nie reklamuje, ani nie sprzedaje – nawet na zamówienie – i nawet nie wiadomo, gdzie i jak można by ich szukać.

Wizja konsumenckiego spełnienia krzepnie tedy w umyśle, drażniąc i prowokując go, dlatego w końcu – choć się nie chce – trzeba wygospodarować czas, co wciąż szybko ku śmierci biegnie, ogarnąć się, ubrać i wyjść na zakupy. Najlepiej oczywiście tam gdzie wszystko jest pod ręką, a więc do centrum handlowego, tej świątyni współczesnego życia, w której wydarza się cud: możliwe do zaspokojenia są nawet te pragnienia, co się nawet jeszcze nie pojawiły. Jest tam bowiem wszystko (księgarnie jeno są dość marne lub nie ma ich wcale – ale za to gazet i filmów bez liku), wszystko i więcej jeszcze, aż do granic wyobraźni, by nie chciało się opuszczać tych seraficznych przybytków, oaz dla istot utrudzonych mozołem pracy i wychłostanych jesienno-zimową szarugą. Oto więc my również – jak wszyscy — zajeżdżamy na wielkie parkingi, przedsionki świątyni, gdzie zawsze jest już tłok, bowiem mrowie ludzkie ściągnęło na plac ze wszech stron, niczym pradawni islandzcy wikingowi ciągnęli z gór i dolin na Althing, by uradzić co dobre, a co złe. I już tu niestety uzmysławiać sobie zaczynamy, iż pozyskanie tego pocośmy przybyli wyssie siły i zważy umysł. Rytuał się rozpoczyna.

Pierwsze co się rzuca w oczy to oczywiście współwyznawcy, a na ich twarzach dwa główne rodzaje spojrzeń: łapczywe, spragnione i szkliste, oszołomione wyraźnie perspektywą bliskiego spełnienia, nieziemskiej promocji, okazji, które pozwolą przechytrzyć Los, rynek, producentów, sprzedawców i kupić tanio i dobrze (choć bardziej przytomna, a przez to zdławiona na zakupach część umysłu podpowiada, że to żadną miarą udać się nie może), słowem wygrać, wykraść ekstazę niemal darmo. Ci się spieszą, prawie biegną, w myślach już macają to, co wymacane i kupione być powinno, czasem warczą do siebie lub pokrzykują do swych niesfornych dzieci, które albo się ociągają, albo zawracają głowę drobiazgami, że mianowicie chcą to lub tamto, nie zważając przy tym jak ważną batalię mają do stoczenia rodzice. Drugi zaś rodzaj spojrzeń to te zmętniałe i zrezygnowane. Najczęściej naznaczone są nimi twarze wychodzących, rozbitych już i umęczonych nadprodukcją wrażeń, czasem też lekko upokorzonych faktem swej niewielkiej mocy nabywczej lub ułomności logistycznej, która nie pozwoliła, jak to się mówi, „załatwić” wszystkiego. Niektórych z nich zapewne przygnębiła też owa nieogarnialna masa ludzi, chaotycznie przemieszczający się tłum, rozgadany i blokujący prosty trakt, co wiedzie do spełnienia. Tych zmęczonych twarzy należy unikać, bo apatia jest zaraźliwa i może zniweczyć wszelką satysfakcję. Miast się wpatrywać w podejrzane facjaty trzeba tedy zacząć kupować.

I tu od razu pojawia się pierwszy, a zarazem jeden z najgorszych problemów: by kupić należy wprzódy wybrać. Zatem, o zgrozo, również myśleć, określać kryteria wyboru i stopień ich spełnienia przez dany produkt. Przeanalizować winno się także – bardziej rudymentarnie — stopień realności potrzeby, bo przecież zawsze może być tak, że się jakaś fikcja za potrzebę przebrała i ją udaje. Pojawia się tu niekiedy przesłonięta i stłumiona na ogół myśl (i słusznie, bo dla kupowania zabójcza), że zakupy, zwłaszcza artykułów nie spożywczych, w niewielkim stopniu wynikają z rzeczywistej życiowej potrzeby, że to tylko jakiś amok, odruch, oszołomienie. Wszak rzeczy, których używamy sporadycznie tylko mają szanse dotrwać do faktycznego kresu swej używalności (gdy je zmieniamy są co najwyżej sprane, wyblakłe, porysowane, rozciągnięte, wytarte, niemodne etc.), zatem wymieniając je na nowe realizujemy potrzebę estetyczną tylko – nie zaś egzystencjalną. Potrzeba estetyczna jest jednak sztucznie stymulowana w taki sposób, by nigdy nie została w pełni zaspokojona – zbyt łatwo bowiem, na Proteuszowy sposób, przyjmuje wszelkie kształty i ulega modyfikacjom. Z drugiej jednak strony, życie pozbawione waloru estetycznego to życie nędzne, brudne i złachmanione, życie umęczonego bydlęcia, co zawsze za ciężki wóz ciągnie. A piękno nowości i świeżości uwodzi, daje wrażenie aktualności bycia, które w końcu przestaje spóźniać się za krewkim pulsem realności. Takie to rozmyślania wypełzają czasem w markecie, gdy się zbyt długo nad produktem duma. Na ogół jednak na takie refleksje nie ma czasu, wszystko bowiem rusza się żwawo i do ruchu – świadomości i nóg – zachęca. Jeśli jednak w końcu dana rzecz pomyślnie przeszła ów pierwszy, myślowy sprawdzian swej nieodzowności i faktycznie potrzebna i/lub chciana jest, wówczas należy pomyśleć jeszcze o pieniądzach, zrekapitulować naprędce budżet, określić stopień zakłócenia, wprowadzić modyfikacje i nowe stratyfikacje. To strukturalny moment zakupów nawet dla ludzi stosunkowo zamożnych – ci bowiem kupują rzeczy droższe i więcej, co ich także do wewnętrznej, chałupniczej ekonomii zmusza, choć z całą pewnością nie tak restrykcyjnej jak ta niebogatych. Wyłania się tedy oskarżenie wtóre: zakupy to myślenie o pieniądzach. Myślenie zaś o nich zawsze przynosi wnioski ponure. Bo oto na mocy przyrodzonej człowiekowi zachłanności zawsze jest ich jakoś mało, za mało w stosunku do potrzeb, które z natury szybki i solidny wzrost mają. Zadowolenie finansowe (jeśli w ogóle występuje), podobnie zresztą jak każde inne, ma charakter chwilowy i epizodyczny, po czym stacza się w normę, a później w niedosyt. Tu zaś – w centrum handlowym – pieniądz jest wszystkim, jest powietrzem, którym się oddycha, a równocześnie eterem pozwalającym przezwyciężyć nękającą codzienność anhedonię.

W końcu jednak kupuje się – pierwsza foliówka ciąży już w dłoni. Czasem ów akt przyprawiony jest lekko poczuciem rozrzutności, ambiwalencji (dobrze w końcu robię czy źle? Marnotrawstwo? Zysk?), niekiedy też świadomością krótkotrwałości sukcesu – wszak rzecz nowa traci na wartości z każdym dniem, staje się starsza, stara, coraz bardziej obleziona czasem, który minął od jej wyprodukowania i nabycia. Jedyne na co ją stać to powolny rozkład, niezawodny mechanizm niszczenia, bliznowacenia, na mocy którego traci swą ciężko przez nas okupioną atrakcyjność. Zresztą Eros w stosunku do rzeczy, tak jak każdy inny jego rodzaj, ma naturę pragnienia, stąd największy jest wówczas gdy do spełnienia daleko, gdy zaś ono następuje znika: nie można bowiem pragnąć tego, co się już ma. Ale ogólnie jest dobrze – tak trzeba akt zakupu dla własnego dobra podsumować. Kupiło się i już jest, dobrze czy źle – problem wyrzucony został z głowy. Nie ma już co myśleć, a myślenie było tu wszak tym co najgorsze i tegośmy się właśnie pozbyli. Czas ruszać dalej: na spożywczy.

Tu już prawdziwy młyn: wszyscy kupują, bogaci i biedni i średni – wszak każdy jeść musi i to codziennie. Ten powszechny przymus oraz skala w jakiej jest spełniany naznacza się nieprzyjemnym grymasem na twarzach sprzedawców i kasjerów. Ci wyraźnie mają dość. W godzinach popołudniowych nienawidzą już swoich klientów, w ogóle, zdaje się, nienawidzą wszystkich ludzi, bezosobowej masy przeciskającej się robaczkowym ruchem przez gardła kas, masy żrącej coraz więcej, na potęgę, dużo więcej niż potrzeba, by potem z trudem wydalać, otłuszczać się, chorować i umierać – między innymi z obżarstwa właśnie. Kasjerzy, pracujący wciąż na widoku publicznym (którego nikt tak naprawdę nie lubi), nieobecni i zobojętniali, podliczają cierpliwie i bez słowa jednorazowe zakupy o wartości przekraczającej nieraz ich miesięczne przychody. W pełni zautomatyzowani i mechaniczni przypominają ludzkie widma, zaklęte na wieki w sekwencjach tych samych ruchów. Słowem są wysoce nieapetyczni i dobrze, iż ogląda się ich tylko przy wyjściu – choć i to za wiele.

Na „samie” tymczasem znów rozpoczyna się wybieranie. Nie da się od niego uciec w świecie kilkudziesięciu gatunków pieczywa. Wybieramy i jesteśmy świadkami cudzych wyborów (które i nam do myślenia dają): łysawy pan wybrał bułeczki ze słonecznikiem, a elegancka pani w wieku średnim z sezamem. Blada i nie umalowana niewiasta z lnianym, wielorazowym workiem wybiera, rzecz jasna, czarny i czerstwy jak podeszwa chleb ekologiczny – by żyć dłużej, być zawsze młodym i mieć wnętrze pełne błogosławionych błonników, co do powstania raka umęczonych, żołądkowych tkanek nijak nie dopuszczą, ani dzisiaj, ani nigdy. Przecudne dziewczę co w urodę swą wierzy i się z nią obnosi wybiera produkt osobliwy: niby chlebowy, lecz o niskiej zawartości chleba — aby nie zapełniać płaskiego jak lotnisko brzucha, a mimo to coś jeść, składa się on w przeważającej mierze z powietrza, ograniczonego skórką. Mężczyzna w wieku lat trzydziestu paru wyraźnie lekceważy takie przyziemne dylematy i zmierza prosto do celu – a jest nim lada z wyjątkowym towarem: to piwo wyprodukowane specjalnie dla tego marketu, o dziwnej nazwie, jakby niderlandzkiej, lecz swojskim miejscu produkcji (Ostrów, Kostrzyń, lub coś podobnego), a przede wszystkim dobrze uwarzone (bez mała 10% alkoholu) i w naprawdę atrakcyjnej cenie – 1,69 zł. Inny znowuż jegomość szuka towarów droższych i wyrafinowanych. Widać to po zawartości jego wózka. Są tam jakieś głowonogie paskudztwa z rybnego, karczochy, brokuły, białe szparagi, bakłażany, i avocado z warzywniaka, a nawet rosyjski kawior, niegdyś symbol zamożności, dzisiaj wyraźnie wzgardzony (zwykle doczekuje smętnie na półkach kresu zdatności do spożycia). Pan go jednak kupił. To koneser, człowiek wyrafinowany, który zwyczajami kulinarnymi odróżni się od pospólstwa. Do takiego przynajmniej doszedł wniosku oglądając na swej satelitarnej platformie jeden z licznych programów z gatunku „kuchnia twoim domem”. Przecież trzeba się jakoś indywidualizować, nadawać sobie rysy niepowtarzalne (modnie niepowtarzalne), co uwiodą swym urokiem rodzinę, znajomych i pełnopierśne kandydatki na kochanki.


1 2 Dalej..

 Po przeczytaniu tego tekstu, czytelnicy często wybierają też:
Palenie
Lęk

 Zobacz komentarze (16)..   


« Dotyk rzeczywistości   (Publikacja: 31-10-2008 )

 Wyślij mailem..     
Wersja do druku    PDF    MS Word

Bartosz Jastrzębski
Ur. 1976. Doktor habilitowany kulturoznawstwa, filozof, etyk, wykłada w Instytucie Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Wrocławskiego. Interesuje się niespokojnym pograniczem filozofii, antropologii i literatury. Fascynuje historią, pamięcią oraz poszukiwaniami duchowymi i religijnymi. Tropi motywy przewodnie codzienności, jej udręki i drobne nadzieje, którym poświęcił trzy tomy esejów: Pająk. Szkice prawie filozoficzne (2007), Próżniowy świat (2008) oraz Wędrówki po codzienności. Eseje o paru ważnych rzeczach (2011). Pisarz i podróżnik. W 2012 roku otrzymał Nagrodę im. Beaty Pawlak za książkę Krasnojarsk zero (wraz z Jędrzejem Morawieckim). W 2013 roku opublikował zbiór esejów Przedbiegi Europy. Gawędy podróżne, a w 2014 ukazały się jego dwie książki poświęcone współczesnemu szamanizmowi: Współcześni szamani buriaccy w przestrzeni miejskiej Ułan Ude oraz Cztery zachodnie staruchy. Reportaż o duchach i szamanach (współautor: Jędrzej Morawiecki).

 Liczba tekstów na portalu: 11  Pokaż inne teksty autora
 Najnowszy tekst autora: Czy demokracja jest niemoralna?
Wszelkie prawa zastrzeżone. Prawa autorskie tego tekstu należą do autora i/lub serwisu Racjonalista.pl. Żadna część tego tekstu nie może być przedrukowywana, reprodukowana ani wykorzystywana w jakiejkolwiek formie, bez zgody właściciela praw autorskich. Wszelkie naruszenia praw autorskich podlegają sankcjom przewidzianym w kodeksie karnym i ustawie o prawie autorskim i prawach pokrewnych.
str. 6165 
   Chcesz mieć więcej? Załóż konto czytelnika
[ Regulamin publikacji ] [ Bannery ] [ Mapa portalu ] [ Reklama ] [ Sklep ] [ Zarejestruj się ] [ Kontakt ]
Racjonalista © Copyright 2000-2018 (e-mail: redakcja | administrator)
Fundacja Wolnej Myśli, konto bankowe 101140 2017 0000 4002 1048 6365