Racjonalista - Strona głównaDo treści


Fundusz Racjonalisty

Wesprzyj nas..
Zarejestrowaliśmy
138.576.293 wizyty
Ponad 1054 autorów napisało dla nas 7230 tekstów. Zajęłyby one 28500 stron A4

Wyszukaj na stronach:

Kryteria szczegółowe

Najnowsze strony..
Archiwum streszczeń..

 Rok 2016
rok jak co rok
był dobry dla mnie
był dobry dla kraju
był dobry dla świata
był zły dla mnie
był zły dla kraju
był zły dla świata
  

Oddano 4100 głosów.
Chcesz wiedzieć więcej?
Zamów dobrą książkę.
Propozycje Racjonalisty:
Sklepik "Racjonalisty"
Anatol France - Bogowie pragną krwi
Mariusz Agnosiewicz - Kryminalne dzieje papiestwa tom I

Złota myśl Racjonalisty:
Kościół będzie jeszcze przez jakiś czas bronił prawa do współdecydowania w kwestiach etyki; jednakże coraz mniej ludzi jest przekonanych o wartości wyjaśniającej oferowanych przezeń modeli.
 Kultura » Sztuka » Teatr » Jednoaktówki (L.B.)

Copywriter [4]
Autor tekstu:

Darek: — (głośno, ze swojego miejsca na widowni) Nie, nie, to nie tak ! Tak nie można! Trzeba inaczej! (wstaje i szybkim krokiem zmierza w kierunku sceny)

Kronikarz oraz Skryba są zdezorientowani i wystraszeni. Kronikarz zatrzymuje się, nieruchomieje i z obawą spogląda w kierunku zbliżającego się Darka, a Skryba porzuca przybory do pisania i pospiesznie chowa się pod stołem.

Tymczasem Darek dociera w końcu do sceny i zbliża się do Kronikarza.

Darek: — Przepraszam, że ja tak obcesowo, że przerywam… Ale te wasze pisanie nie trzyma się kupy… (z dłonią, wyciągniętą na powitanie, podchodzi do Kronikarza, ale ten cofa się przed nim z obawą) Spokojnie, spokojnie, przecież nie mam żadnej broni, czego się tu bać? (podnosi obie ręce do góry)

Kronikarz nieufnie przygląda się Darkowi, potem zbliża się nieco.

Darek: — Ja naprawdę jestem twoim przyjacielem, kronikarzu… (opuszcza ramiona)

Kronikarz: — (żegna się trzykrotnie) Zgiń, przepadnij, maro nieczysta...

Darek: — Jaka tam maro? Ja jestem żywym człowiekiem. Człowiekiem, który chce ci pomóc...

Kronikarz: — (zbliża się jeszcze bardziej, badawczo przygląda się Darkowi) Może i nie jesteś upiorem… (nieufnie) Chcesz mi pomóc? W czym? Dlaczego? Przecież mnie nie znasz? Jaki masz w tym cel? Kto cię tu przysłał?

Darek: — Nikt mnie nie przysłał! Przyszedłem tu z własnej inicjatywy. Żeby ci pomóc. Siedziałem, siedziałem, aż w końcu nie mogłem usiedzieć, bo mnie wkurzyłeś tym swoim listem… (z naciskiem) Mam ci wiele do zaoferowania. To proste: ty znasz wasze realia, znasz ludzi i obyczaje, a ja wiem coś tam o reklamie. Nie obawiaj się, ja nie chcę zająć twojego miejsca, zresztą bez ciebie nie poradziłbym tu sobie: wolę razem z tobą stworzyć duet, który będzie niezastąpiony. Wspólnie dokonamy cudów! No więc jak, zgoda? (podchodzi do Kronikarza i wyciąga dłoń przed siebie)

Kronikarz: — Cuda zostawmy Bogu… (z wahaniem) Ale zgadzam się... Możemy spróbować… Sam nie wiem, czemu ci ufam… (podaje Darkowi dłoń)

Darek: — (z radością) Zrobimy twojemu księciu taką kampanię reklamową, że będzie mógł… podbić połowę świata, a druga połowa będzie to oklaskiwać! (drapie się w głowę) Przejdźmy jednak do konkretów… (podchodzi do najbliższego krzesła, siada na nim, daje Kronikarzowi znak, żeby usiadł obok. Kronikarz siada na sąsiednim krzesełku. Skryba wyczołguje się spod stołu i ucieka w oddalony kąt sali. stoi tam, gotów do ucieczki, z obawą przyglądając się Darkowi) Piszesz listy do cesarza, do królów, książąt… To nie wystarczy! A obywatele waszego kraju? Ich opinię też trzeba urobić! Niech popierają sprawę twego księcia… Przydałaby się jakaś odezwa do narodu, ogłoszona w całym kraju… Przydałby się też jakiś uniwersał, przeznaczony dla mieszkańców księstwa tego Filipa. Trzeba będzie ich przekonać, że Filip nie jest ich prawowitym władcą...

Kronikarz: — Przemawiasz, jak krynica Bożej mądrości....

Darek: — E tam, to tylko takie luźne uwagi… W każdym razie trzeba będzie sprawić, żeby narody Europy jednym głosem wspierały naszego księcia… No i najważniejsze: ten koszmarny język twoich listów! Taki archaiczny, pełen ozdobników, mało komunikatywny… Wiem, że takie są obyczaje twojej epoki, ale można pisać choć trochę inaczej! Trzeba uruchomić automat skojarzeń...

Kronikarz: — Dziwnie prawisz. Ale ciekawie… (rozsiada się wygodniej na krześle. Skryba zbliża się o kilka kroków, uważnie przysłuchując się rozmowie)

Darek: — Który jest teraz… to znaczy, który macie tu rok?

Kronikarz: — Jak to: który? Mamy Rok Pański tysiąc czterysta dziewięćdziesiąty szósty. Skąd przybywasz, młodzieńcze, skoro tego nie wiesz?

Darek: — (macha lekceważąco ręką) Co to ma za znaczenie? Przybywam z czasów późniejszych, niż twoje. Najważniejsze, że mogę ci pomóc, prawda?

Kronikarz: — Z wdzięcznością przyjmę twoją pomoc. O ile mi przysięgniesz, że nie jesteś wcieleniem czarta...

Darek: — (pobłażliwie) Nie jestem szatanem, zapewniam! Znowu te średniowieczne przesądy… Przecież już zawarliśmy porozumienie! (zastanawia się przez chwilę) Czyli macie teraz schyłek piętnastego wieku! A zatem mało kto umie czytać, a wynalazek druku dopiero się rozpowszechnia. (z ciekawością) Jak książę sobie z tym radzi? W jaki sposób informuje ludność o swoich decyzjach?

Kronikarz: — Jego dekrety są odczytywane przez księży. Podczas niedzielnych nabożeństw.

Darek: — A więc przekaz głosowy! To dobra metoda. I chyba jedyna możliwa w tej sytuacji… (zastanawia się przez chwilę) A czy nie można by dodać do tego przekazu wizualnego? Byłby to na przykład teatr objazdowy. Teatr rządowy, to znaczy utrzymywany przez księcia… Wystawiałby sztuki o współczesnej tematyce politycznej, choćby na temat tej wojny… My obaj byśmy takie sztuki pisali...

Kronikarz: — (olśniony) Spektakulum? Teatrum? Moje sztuki na scenie? To wyśmienity koncept… Chyba sam Bóg mi cię zesłał. I święty Wawrzyniec, mój szczególniejszy patron! Czy masz więcej podobnych konceptów?

Darek: — (uśmiecha się) Pewnie, że mam. Będziemy musieli je wszystkie po kolei omówić.

Kronikarz: — Chodź zatem niezwłocznie, cny młodzieńcze, przedstawię cię księciu! (wstaje) Książę kazał mi się zgłaszać do niego z każdym pomysłem, więc tym bardziej z takimi… Na pewno przyjmie cię łaskawie i da ci posadę w naszej kancelaryi… Masz słuszność, może razem dokonamy cudów! (po chwili) Co ja gadam, na Boga! (żegna się pospiesznie znakiem krzyża) To znaczy, miałem na myśli… dokonamy wielkich rzeczy.

Darek: — Zgoda, trzeba iść do księcia. Nie będę musiał dwa razy powtarzać tego samego. Idziemy. (wstaje również) Ale mam jeszcze jedną sprawę.

Kronikarz: — (z niepokojem) Sprawę? O cóż chodzi?

Darek: — Dajcie posadę we dworze także i mojemu przyjacielowi. (pokazuje na Józka, siedzącego na swoim miejscu, na widowni)

Kronikarz: — Muszę spytać księcia, czy się na to zgodzi. Ale myślę, że tak...

Darek: — Chodź tutaj, Józek. Zaczekaj tu, aż wrócę od księcia.

Józek wstaje z wahaniem. Jest oszołomiony i zaskoczony. Rozgląda się po widowni, jakby oczekiwał podpowiedzi, co ma robić.

Darek: — No chodź, Józek. Nie masz tam na co czekać...

Józek powoli idzie w kierunku sceny.

Kronikarz: — (przyglądając się idącemu Józkowi) Wysoki jest, silny… Mógłby zostać halabardnikiem… Albo giermkiem, wszak zaczyna się wojna… (do Darka) Ale my nie mamy czasu — musimy niezwłocznie iść do księcia, żeby przedstawić mu twoje propozycje. (wskazuje Darkowi drzwi, puszcza go przodem) Nie mogę się doczekać, by zobaczyć minę księcia. To go na pewno zainteresuje i ucieszy… (zatrzymuje się na moment, odwraca się do Skryby) A ty co tak stoisz? Weź się na razie za przepisywanie „Młota na czarownice"! Jak wrócę od księcia, to znaczy, jak obaj (pokazuje na Darka) wrócimy, to zajmiemy się książęcymi listami. Napiszemy je wszystkie od nowa...

Kronikarz i Darek wychodzą, w tej samej chwili do sceny dociera Józek. Podchodzi do Skryby, podaje mu dłoń na powitanie.

Józek: — Jestem Józek.

Skryba: — A na mnie wołają Zbyszko… (przyglądając się z obawą Józkowi) Przebóg, nie wiem sam, co o tym wszystkim sądzić… Chyba wy obaj jesteście ludźmi, a nie upiorami… Ale wyglądacie tak dziwnie… Nic to, później dostaniecie godniejsze szaty… (uspokaja się trochę, sili się na uśmiech) Dobrze wam tu będzie, nasz książę to łaskawy pan.

Józek: — (kręci głową z niedowierzaniem) Za dużo wrażeń, jak na jeden dzień. Aż mi słabo...

Skryba: — Może głodniście? Ja też nic od rana nie jadłem, aże mnie mgli… (życzliwie) Chodźmy do kuchni, najemy się! Ja zaprowadzę… Zdążymy tu wrócić przed nimi, bo książę na pewno zatrzyma ich obu na dłużej. Takie nowiny...

Józek: — Świetnie! (po chwili, z niepokojem) Ale zdaje się, że ty miałeś coś przepisywać...

Skryba: — „Młot na czarownice"? (śmiejąc się głośno) Toć żem już dawno przepisał onego młota! Ale nie mówię o tym nikomu, bo wtedy zadaliby mi do przepisywania jakieści inne pismo! A tak, mam spokój! (idzie w kierunku wyjścia, a Józek za nim)

Józek: — Niezły cwaniak z ciebie! (śmieje się) Ale powiedz mi, co wy tu jadacie? Bo gdzieś czytałem, że w twoich czasach to jadano potrawy ciężkie, niezdrowe, źle przyprawione, no i takie niezbyt...

Obaj znikają za drzwiami. W izbie pozostaje samotna Noc, siedząca nieruchomo na swoim miejscu, z płonącą lampką w dłoniach.

SCENA PIĄTA

Słychać gwar, zbliżający się do drzwi. Po chwili do sali wchodzi Agnieszka, a za nią Piotr, prowadzący wesołą rozmowę z Januszem.

Janusz: — A nie mówiłem? Najlepiej jest obgadać wszystko przy jedzeniu. Na głodniaka źle mi się myśli...

Piotr: — Powiedz lepiej: zawsze źle ci się myśli, a nie tylko po jedzeniu… (śmieje się)

Agnieszka: — (podchodzi do stołu, ze zdziwieniem spogląda na przybory, pozostawione przez Skrybę) A co to takiego? Gęsie pióro! Kałamarz! A cóż to za dziwny papier? Jakiś staromodny, chyba czerpany, bo ja wiem… Skąd to się tu wzięło?

Piotr: — Rzeczywiście, co to za rupiecie? (podchodzi do stołu, z oburzeniem kiwa głową) Wystarczy wyjść na moment, żeby ktoś tu wlazł… No tak, zapomnieliśmy zamknąć pokój na klucz! To przez te teczki… Dobrze, że zabraliśmy stąd dokumenty, bo jeszcze by zginęły. A w ogóle, to ktoś poprzestawiał krzesła. (sięga po najbliższe krzesło, siada na swoim poprzednim miejscu. pozostali robią to samo)


1 2 3 4 5 Dalej..

 Po przeczytaniu tego tekstu, czytelnicy często wybierają też:
Diamentowe serce
Dysputa


« Jednoaktówki (L.B.)   (Publikacja: 14-12-2002 Ostatnia zmiana: 06-09-2003)

 Wyślij mailem..     
Wersja do druku    PDF    MS Word

Lech Brywczyński
Ur. 1959. Studiował chemię i historię; pracował w wielu zawodach, m.in. jako tłumacz, wydawca, dziennikarz lokalnej prasy, animator życia kulturalnego; dramatopisarz (dramaty publikowane m.in. w: czasopiśmie Res Humana, szczecińskich Pograniczach, w gdańskim Autografie, w elbląskim Tyglu, w magazynie Lewą Nogą, i in.); w 2002 r. ukazała się jego książka Dramaty Jednoaktowe (sponsorowana przez Urząd Miejski w Elblągu).
 Strona www autora

 Liczba tekstów na portalu: 13  Pokaż inne teksty autora
 Najnowszy tekst autora: Lewica a wiara rodzima, czyli... POGANIE DO AFRYKI!
Wszelkie prawa zastrzeżone. Prawa autorskie tego tekstu należą do autora i/lub serwisu Racjonalista.pl. Żadna część tego tekstu nie może być przedrukowywana, reprodukowana ani wykorzystywana w jakiejkolwiek formie, bez zgody właściciela praw autorskich. Wszelkie naruszenia praw autorskich podlegają sankcjom przewidzianym w kodeksie karnym i ustawie o prawie autorskim i prawach pokrewnych.
str. 2104 
   Chcesz mieć więcej? Załóż konto czytelnika
[ Regulamin publikacji ] [ Bannery ] [ Mapa portalu ] [ Reklama ] [ Sklep ] [ Zarejestruj się ] [ Kontakt ]
Racjonalista © Copyright 2000-2017 (e-mail: redakcja | administrator)
Fundacja Wolnej Myśli, konto bankowe 101140 2017 0000 4002 1048 6365