Racjonalista - Strona głównaDo treści


Fundusz Racjonalisty

Wesprzyj nas..
Zarejestrowaliśmy
154.144.710 wizyt
Ponad 1061 autorów napisało dla nas 7298 tekstów. Zajęłyby one 28799 stron A4

Wyszukaj na stronach:

Kryteria szczegółowe

Najnowsze strony..
Archiwum streszczeń..

 Co z Brexitem?
będzie drugie referendum
będzie początkiem końca UE
zyska na nim Wielka Brytania
ostatecznie wzmocni UE
dużo hałasu o nic
  

Oddano 2757 głosów.
Chcesz wiedzieć więcej?
Zamów dobrą książkę.
Propozycje Racjonalisty:
Sklepik "Racjonalisty"

Złota myśl Racjonalisty:
"Religia jest dla ludzi bez rozumu"
 Tematy różnorodne » Ekologia i ekozofia

Hajże na Bieszczady [4]
Autor tekstu:

Biegu wydarzeń nic nie zmieni, choć czasem może zebrani w gronie przyjaciół z nostalgią wspominamy, ile trudu kosztowało przejście grzbietu Otrytu, noszenie dwutygodniowego zapasu chleba, czy odnajdywanie tonącego w oceanie łopianów i pokrzyw nikłego śladu ścieżki, prowadzącej przez dawną wieś Wołosate. Pozostały po niej tylko zapadające się coraz głębiej rumowiska cegieł, osmalone, butwiejące belki i resztki przycerkiewnych cmentarzy. Zarastają zielskiem, tarniną, szybko puszczającą świeże pędy olchą. Nie żałujemy dawnego Wołosatego, krytych słomą kurnych łemkowskich chyż, ludzkiej nędzy, chorób i zabobonów tak strasznych, że nie sposób uwierzyć, iż istniały jeszcze w wieku XX. Przecież pamiętamy owo Wołosate, Tworylne, Łopienkę, Tarnawę czy Muczne, gdzie w zdziczałych sadach bielały ludzkie kości, pola uprawne gęsto zarastał jałowiec, a w watrach płonęły resztki ikonostasów. Takie Bieszczady przetrwają już tylko w legendzie. One właśnie miały być atrakcją dla dewizowych cudzoziemców. Ostatnią w Europie enklawą „pierwotnej, karpackiej puszczy". Takich Bieszczadów już nie ma i nie będzie, choć dla wielu z nas pozostaną na zawsze krainą pierwszej w życiu i być może ostatniej Wielkiej Przygody, Wielkiej Miłości, Wielkiej Próby. Pamiątką z najpiękniejszych, górnych i chmurnych lat młodości.

KOWBOJE I STUDENCI

Sen o Łopience
Znów wyśnimy dolinę zimową, drzewa srebrzyste i tęczową łąkę, mur cerkwi kamienny nad zakolem drogi i wąskie niebo nad czarną świerczyną gór.
Wspomnimy polanę, gdzie był kiedyś dom i dwieście stopni po wodę, polanę tylu wzruszeń, gdy księżyc przedzierał się szczelinami nieba.
Znów pójdziemy doliną srebrzystą, błękitną i czarną, rozległe zapadlisko w cieniu wysokiej fali, w dół potoku, co płynie przez rumowisko mrozu w głąb kamiennej tarczy jeziora.

Kowbojów było trzech. Dwaj z Krosna studiowali w poznańskiej Wyższej Szkole Rolniczej — określanej w piosence nazbyt może zgrzebnym zamiennikiem „Wysrolu". Piosenka, której byli bohaterami, zrobiła karierę. Stała się jednym z pierwszych bieszczadzkich przebojów.

Nad Sanem, w sięgających po pas trawach, zarastających nie uprawiane już od blisko dziesięciu lat pola wsi Tworylne, sklecili rancho. W dzierżawę, na wypas, otrzymali bydło od któregoś z PGR-ów położonych na przeciwległym krańcu Polski. No i zaczęło się. Wymęczone podróżą, nieprzywykłe do deszczowo-upalnej aury górskiej okolicy stado marniało w oczach. Zielona dżungla Otrytu odbijała echo żałosnego ryku tygodniami nie dojonych krów. Najbardziej dokuczały gzy. Gzy i wilki. Nie było na nie rady. Jedyna broń, jaką mieli kowboje — stara, mocno sfatygowana wiatrówka — groźnie wyglądała tylko z daleka. Chłopcy były jednak twardzi, zawzięci. Po paru miesiącach harówki okrzepli, nabrali doświadczenia, zmężnieli. O efektach finansowo-hodowlanych całego przedsięwzięcia lepiej jednak nie wspominać.

Następnego roku spróbowali jeszcze raz. Wieść gminna mówiła, że z powodu egzaminu, którego nie mogli „przeskoczyć". W Krywem wybudowali rancho, ale już jako statyści, zatrudnieni przez szefa ekipy kręcącej film „Rancho Teksas". (Dyrekcja PGR-u nie chciała już więcej eksperymentować). Był rok 1957, szef ekipy płacił dobrze — 50 złotych i wyżywienie. Do najbliższej knajpy w Wołkowyi jeździli wierzchem. Na rumakach docierali rzekomo do samego baru. Otaczał ich wianuszek cichych wielbicielek — panienek, którym powinęła się noga przy maturze, i paru totumfackich, zawsze gotowych podtrzymać strzemię, czy wyczyścić konia.

Obaj bohaterowie zniknęli na jakiś czas z pola widzenia. Odnaleźli się po latach. Jeden osiadł nad Zalewem Solińskim, prowadzi własne gospodarstwo. Odległą zatoczkę nazwano na jego cześć Zatoką Wiktoriniego. Jego towarzysz założył podobno szary mundur stróżów porządku publicznego. I to jest koniec sagi. Legenda jednak trwa do dzisiaj.

Trzecim bieszczadzkim kowbojem był reemigrant z Jugosławii — Lutek. Tamtych znał tylko z opowieści. Na własnych plecach nosił cement i deski, konieczne do remontu opuszczonej przez harcerzy-studentów „Tawerny" na Połoninie Wetlińskiej — zabawa w Dziki Zachód na południe od Cisnej znudziła się druhom. Poszukując silniejszych wrażeń, wstąpili do wojsk powietrzno-desantowych. Zanim to nastąpiło, paru „wielkoduchów" z hufca krakowskiego miesiącami koczowało na szczycie Połoniny — proklamując Rzeczpospolitą Wetlińską (księgę pamiątkową ozdabiają fikuśne rysuneczki Adama Macedońskiego). Przed harcerzami „Tawernę" zajmowali żołnierze WOP, a jeszcze wcześniej obserwatorzy balonów z „wolno-europejską" propagandą i stonką ziemniaczaną.

Lutek zwycięsko zmagał się z kolejnymi srogimi zimami. Nie dał jednak rady urzędnikom. Wraz z koniem przeprowadził się nieco niżej, na Przełęcz Wyżną. Wynajmował czworonożnego przyjaciela chętnym do przejażdżki na prawdziwym mustangu. Przebój Jerzego Michotka „Mam domek na połoninie i dziewczę w sukni niebieskiej" trwał tylko jeden sezon — dziewczę opuściło naszego bohatera. On sam po wielu sezonach kierowania campingiem dla zmotoryzowanych turystów w Ustrzykach Górnych wrócił na połoninę i tam chyba dożyje emerytury.

Co roku ruszała na południe. Polski nowa fala kandydatów na pastuchów. Koni, siodeł, bydła i lassa nie mieli. Chadzali za to orężnie, bo przy pasie jeśli nie lśnił topór, co błyszczy z dala, lub coś w rodzaju kubańskiej maczety, to telepał się chociaż zwykły kuchenny „gerlach" w pochwie z baraniej skóry, odwróconej włosem na zewnątrz. Chód i nakrycia głowy mieli oczywiście kowbojskie, powiedzmy - prawie kowbojskie. Prawdziwego kowboja z lassem i ostrogami widziano w Bieszczadach pierwszy raz na okładce turystycznej mapy. W kolejnych wydaniach nawet tam nie znaleziono dla niego miejsca.

Studenci masowo pojawiali się w Bieszczadach w połowie lat pięćdziesiątych. Datę można określić w miarę precyzyjnie, bowiem na przełomie 1954 i 1955 roku zniesiono ograniczenia związane z poruszaniem się w strefach przygranicznych. Akademicka brać wykorzystała nową sytuację natychmiast. W Radzie Naczelnej ZSP zrodził się pomysł penetracji Bieszczadów i Beskidu Niskiego — jego realizację zlecono środowisku warszawskiemu. Latem 1955 roku ruszyły z Zagórza pierwsze dwa turnusy wędrownych wczasów studenckich. Rok później było ich już dwanaście. Dostać się na taki turnus było trudniej niż zdać konkursowy egzamin na studia. Na jedno skierowanie przypadało od pięciu do dziesięciu chętnych. Decydowały również punkty zdobytej wcześniej Górskiej Odznaki Turystycznej i wycieczki kondycyjne, kwalifikacyjne, jak się wówczas mawiało, a prawdę mówiąc nieprzytomne „wyrypy" w Puszczy Białej, prawie marszobiegi z plecakami, kończone biwakami.

Szczęśliwcy, którym udało się zostać wczasowiczami, spali na gołej ziemi, owinięci w cieniutkie, mocno wyświechtane koce. Luksus w postaci dmuchanych materacy, śpiworów, kocherów, plecaków ze stelażem, butów na wibramie stał się dostępny żakowskiej braci znacznie, znacznie później. Za namioty przez pierwsze parę lat akcji letnich służyły otrzymane z wojskowego demobilu pałatki. Istniały szkoły noszenia ich i rozpinania dla dwóch, czterech i większej ilości osób. Maszty oczywiście wycinano z leszczyny lub olchy. Wnętrze wyścielano gałązkami świerków lub jodeł. Dwie dobrze naostrzone siekiery i łopata musiały być „na stanie" każdego kilkunastoosobowego turnusu. Na dwa tygodnie wędrówki zabierało się około ćwierć tony żywności. Samego chleba co najmniej 100 kg. Dla zdrowego chłopa po prostu było niehonorowo nosić plecak ważący mniej niż 30 kilogramów. Płeć piękna, jako że delikatniejsza, nosiła o jedną trzecią lżejsze „kosmetyczki". Wyjątki, nader częste, bywały spowodowane wyższą koniecznością: na standardowej trasie z Komańczy do Halicza przy dużej dozie szczęścia zapas konserw uzupełniało się dopiero w Cisnej lub Kalnicy.

Odpoczynek następował w Ustrzykach Górnych, gdzie pierwszą namiotową bazę studencką rozbito dopiero w 1959 roku obok zrujnowanej doszczętnie cerkwi. Do tego czasu przemoknięci wędrowcy, bo w Bieszczadach zawsze prawie panowało „deszczowe lata stulecia", znajdowali przytulisko w opustoszałym kurniku. Obiekt ten, jedyny jako tako ocalały budynek, stał nie opodal paru baraków zajmowanych przez żołnierzy i konie ze strażnicy WOP. Choć kurnik miał powierzchnię niewiele większą niż kuchnie w nowoczesnych M-3, nie zanotowano wypadku, aby nie zmieścił się tam któryś z turnusów, a także różni niespodziewani goście, tacy jak na przykład słynny Radzik żmijołap.

„Wielkie Bractwo" — z początku towarzyski klub tych, co przeszli Bieszczady i przeżyli ten fakt w jakiej takiej formie — można uważać za duchowego przodka Studenckiego Koła Przewodników Beskidzkich. W roku 1992 obchodziło swoje trzydziestopięciolecie. Dziesiątki tysięcy uczestników różnych prowadzonych przez Koło imprez. Około 52.000 przepracowanych społecznie dniówek przewodnickich. Przeszło 250 wydawnictw poświęconych regionowi, z zyskującymi uznanie specjalistów rocznikami „Magury" i „Połoniny". Ogromny, trwały dorobek w udostępnianiu turystycznym Bieszczadów.

Przewodnicy z SKPB bardzo wielu pokazali urok tego regionu, nauczyli uprawiania turystyki, wrażliwości na piękno przyrody. Dziś ojcowie rodzin, mocno szpakowaci, niekiedy z „wysokim czołem". Utytułowani. Po habilitacjach, stypendiach zagranicznych, nominacjach na dyrektorów i doradców ministrów, pokazują góry swojej młodości dorastającym synom. Chodzą z plecakami i namiotem. Samochody zostawiają na parkingach. Są niekonsekwentni. Walczą o niezagospodarowywanie choćby skrawka Bieszczadów, pozostawienie go nietkniętego zębami piły i walcem drogowym.


1 2 3 4 

 Po przeczytaniu tego tekstu, czytelnicy często wybierają też:
Dajmy odejść legendom
Inny głos w dyskusji o klimacie

 Dodaj komentarz do strony..   Zobacz komentarze (4)..   


« Ekologia i ekozofia   (Publikacja: 20-05-2005 )

 Wyślij mailem..     
Wersja do druku    PDF    MS Word

Witold Stanisław Michałowski
Pisarz, podróżnik, niezależny publicysta, inżynier pracujący przez wiele lat w Kanadzie przy budowie rurociągów, b. doradca Sejmowej Komisji Gospodarki, b. Pełnomocnik Ministra Ochrony Środowiska ZNiL ds. Międzynarodowego Rezerwatu Biosfery Karpat Wschodnich; p.o. Prezes Polskiego Stowarzyszenia Budowniczych Rurociągów; członek Polskiego Komitetu FSNT NOT ds.Gospodarki Energetycznej; Redaktor Naczelny Kwartalnika "Rurociągi". Globtrotter wyróżniony (wraz z P. Malczewskim) w "Kolosach 2000" za dotarcie do kraju Urianchajskiego w środkowej Azji i powtórzenie trasy wyprawy Ossendowskiego. Warto też odnotować, że W.S.M. w roku 1959 na Politechnice Warszawskiej założył Koło Stowarzyszenia Ateistów i Wolnomyślicieli.   Więcej informacji o autorze

 Liczba tekstów na portalu: 49  Pokaż inne teksty autora
 Najnowszy tekst autora: Kaukaz w płomieniach
Wszelkie prawa zastrzeżone. Prawa autorskie tego tekstu należą do autora i/lub serwisu Racjonalista.pl. Żadna część tego tekstu nie może być przedrukowywana, reprodukowana ani wykorzystywana w jakiejkolwiek formie, bez zgody właściciela praw autorskich. Wszelkie naruszenia praw autorskich podlegają sankcjom przewidzianym w kodeksie karnym i ustawie o prawie autorskim i prawach pokrewnych.
str. 4147 
   Chcesz mieć więcej? Załóż konto czytelnika
[ Regulamin publikacji ] [ Bannery ] [ Mapa portalu ] [ Reklama ] [ Sklep ] [ Zarejestruj się ] [ Kontakt ]
Racjonalista © Copyright 2000-2018 (e-mail: redakcja | administrator)
Fundacja Wolnej Myśli, konto bankowe 101140 2017 0000 4002 1048 6365