Racjonalista - Strona głównaDo treści


Fundusz Racjonalisty

Wesprzyj nas..
Zarejestrowaliśmy
159.552.345 wizyt
Ponad 1063 autorów napisało dla nas 7309 tekstów. Zajęłyby one 28835 stron A4

Wyszukaj na stronach:

Kryteria szczegółowe

Najnowsze strony..
Archiwum streszczeń..

 Czy jesteś zadowolony/a z życia?
Tak
Nie
Nie wiem
  

Oddano 1300 głosów.
Chcesz wiedzieć więcej?
Zamów dobrą książkę.
Propozycje Racjonalisty:
Sklepik "Racjonalisty"

Złota myśl Racjonalisty:
Wiara polega na żywieniu przekonania lub zaufania, że coś jest, było lub będzie faktem, lecz jeśli to coś jest niezrozumiałe, nie można być o tym przekonanym ani ufać, że jest to prawdą.
 Nauka » Astronomia

Tak zwany podbój Kosmosu [1]
Autor tekstu:

W czarnym aksamicie nieskończoności zwycięstwo będzie człowieka.
Ajschylos

Wielki wyścig

Kosmiczna przygoda Ziemian, która rozpoczęła się wraz z wysłaniem na orbitę w roku 1957 przez Związek Radziecki pierwszego sztucznego satelity Sputnik-1, od swego zarania posiadała charakter militarny. Fundamenty kosmicznej technologii rakietowej stworzył zespół hitlerowskich naukowców kierowanych przez Wernhera von Brauna [1] a poszczególne etapy „podboju" Przestrzeni w okresie powojennym wyznaczały jednocześnie kolejne fazy zimnowojennej rywalizacji dwóch mocarstw, aspirujących do roli światowego hegemona. Rozwój techniki rakietowej w pierwszym rzędzie podyktowany był koniecznością opracowania coraz szybszych i bardziej precyzyjnych nośników ładunków jądrowych o globalnym zasięgu. Nie mniej istotne było wykorzystanie satelitów w misjach szpiegowskich do zbierania informacji z terenu wrogich państw. Niejako przy okazji tego technologicznego wyścigu pojawiły się dobrodziejstwa techniki: satelity meteorologiczne, postęp elektroniki i techniki obliczeniowej oraz nowe materiały, które później znalazły cywilne zastosowania.

New York Times informuje o wystrzeleniu przez ZSRR pierwszego sztucznego satelity Ziemi. Październik 1957
1. New York Times informuje o wystrzeleniu przez ZSRR pierwszego sztucznego satelity Ziemi. Październik 1957

Ten nowy obszar ludzkiej aktywności znalazł swoje odzwierciedlenie w obszarze kultury. Zaczęły powstawać rozliczne opowiadania i filmy fantastyczno-naukowe, przedstawiające mniej lub bardziej optymistyczne wyobrażenia na temat tego, co nowa era techniki przyniesie ludziom i naszej planecie. Apogeum tej „kosmicznej gorączki" nastąpiło w okresie misji księżycowych programu Apollo; twórcy snuli niewczesne wizje Księżyca, na którym w roku 2000 miał panować ożywiony ruch i budowano kolejne bazy.

Rzeczywistość szybko zweryfikowała te marzenia. Opinia publiczna nie była świadoma tego, jak wielkie są koszty takich eskapad, jak wielkie ryzyko im towarzyszy ani tego, że rzeczywistym motorem szybkiego rozwoju programu lotów załogowych były względy propagandowe. Kiedy w księżycowym pokerze USA zgarnęły całą pulę, zasadnicze cele polityczne towarzyszące temu projektowi zostały osiągnięte i podjęto racjonalną decyzję o zakończeniu załogowych lotów na Księżyc[2]. Nie pojawiły się żadne realistyczne perspektywy powiązania ekspansji na inne planety z konkretnymi, ekonomicznymi korzyściami, uzasadniającymi tak wielkie przedsięwzięcia (jak to miało miejsce np. po odkryciu lądu amerykańskiego przez Europejczyków). Tam, gdzie Kosmos oferował konkretne zyski, to znaczy w obszarze satelitów komercyjnych (telekomunikacyjnych, nawigacyjnych i meteorologicznych), dość szybko nastąpił rozwój odpowiednich technologii i dziś znaczna część transmisji światowej sieci teleinformatycznej odbywa się via Kosmos a system GPS jest używany nie tylko przez armię USA (chociaż jego sygnał przeznaczony do celów cywilnych jest mniej dokładny). Równocześnie dość szybko zorientowano się, że nie istnieją żadne ekonomiczne przesłanki, uzasadniające dalsze wysyłanie ludzi na Księżyc, nie mówiąc już o locie na Marsa.

Amerykański astronauta badający powierzchnię Księżyca
2. Amerykański astronauta badający powierzchnię Księżyca

Program wahadłowców, który wchłonął część specjalistów z programu Apollo, miał w zamierzeniu stworzyć urządzenie wielokrotnego użytku, umożliwiające tanie i częste loty na wokółziemską orbitę. Początkowo przewidywano nawet, że takie loty będą się odbywały co kilka tygodni. I tu rzeczywistość szybko zweryfikowała piękne wizje, które zawierały więcej „fiction" niż „science". Wielka złożoność systemu, jakim jest każdy lot wahadłowca oraz zawodność elementów, z których był zbudowany ten statek spowodowały nieprzewidziany wzrost kosztów (finansowych i czasowych) i wkrótce ukazały, że z ekonomicznego punktu widzenia idea wahadłowców okazała się być ślepą uliczką (te same cele można realizować mniejszym kosztem za pomocą zwykłych rakiet). Spektakularne katastrofy „Challengera" (1986) oraz „Columbii" (2002) spowodowały, że wahadłowce straciły wiarygodność jako bezpieczne środki transportu ludzi.

Gwiezdne wojny

Program wahadłowców, co zrozumiałe, nie powstawał tylko po to, by umożliwić zbudowanie na orbicie dużej stacji kosmicznej przeznaczonej do cywilnych badań naukowych. Wiązano z nim dużo większe oczekiwania natury czysto wojskowej: miał się stać jednym z elementów budowy infrastruktury militarnej w kosmosie, która zapewniłaby Stanom Zjednoczonym ochronę przed atakiem rakietami międzykontynentalnymi. Ten aspekt nowej technologii, dla specjalistów oczywisty od samego początku rozwijania projektu samolotu kosmicznego, uzyskał postać programu „Gwiezdnych Wojen" (tzw. Inicjatywa Obrony Strategicznej, SDI), którego początek ogłosił prezydent USA R. Reagan w roku 1983.

W największym skrócie idea ta polegała na stworzeniu kosmicznej „tarczy" antyrakietowej, będącej złożonym systemem zbierania informacji o obiektach startujących z terytorium ZSRR, przesyłania ich do centrów obliczeniowo-analityczno-decyzyjnych i wyposażonym w sieć potężnych laserów orbitalnych, zestrzeliwujących głowice bojowe rakiet krótko po starcie, zanim oddzielą się od członów napędowych. Użycie broni laserowej stanowiło niezbędny element całego zamierzenia: żadne inne techniki przechwytywania rakiet nie są dość szybkie, by gwarantować zniszczenie lecących z prędkością kilku kilometrów na sekundę celów w kilka minut po ich wystrzeleniu. Wprawdzie częścią całego systemu miały być również antyrakiety startujące z terytorium USA, jednak spełniać one miały raczej rolę „ostatniej linii obrony", zaś zasadniczą rolę kontruderzenia miały na siebie wziąć lasery.

Program ten, pomyślany jako przezwyciężenie doktryny MAD (Zagwarantowane Obopólne Zniszczenie), gdyby został wdrożony zapewniłby Amerykanom militarną dominację. Ale i tu rzeczywistość okazała się nieprzychylna wobec teoretycznych założeń.

Po pierwsze — okazało się, że zbudowanie laserów o dostatecznie wielkiej mocy a jednocześnie na tyle małych, by możliwe było ich przetransportowanie na orbitę wymaga technologii, które dopiero muszą być stworzone. Po drugie: ze względu na swoją moc, każdy z takich laserów musiałby mieć rozmiary małej stacji kosmicznej. Biorąc pod uwagę to, że hipotetyczne zmasowane uderzenie jądrowe byłoby przeprowadzone z użyciem tysięcy rakiet, koszty rozmieszczenia efektywnego systemu tego rodzaju byłyby zaiste kosmiczne a jego budowa zajęłaby dziesięciolecia. Przeciwnik w tym czasie mógłby dużo szybciej zwiększać arsenał międzykontynentalnych rakiet balistycznych. Po trzecie — i najważniejsze — ZSRR mógł w odpowiedzi na tarczę rozmieścić o wiele mniejszym kosztem system satelitów — niszczycieli, których jedynym zadaniem byłoby śledzenie orbitalnych elementów całego systemu i ewentualne ich wyeliminowanie. Okazało się więc, że gdyby USA chciały konsekwentnie realizować wszystkie założenia SDI byłoby to zwycięstwo pyrrusowe, a z rywalizacji tej to USA, nie ZSRR, wyszłyby zrujnowane ekonomicznie.

Czego szukamy w Kosmosie?

Po upadku ZSRR w roku 1991 administracja waszyngtońska „zwinęła" projekt SDI, zachowując zeń kilka mniejszych programów budowy broni antyrakietowej. (O jednym z nich słyszeliśmy kilka lat temu przy okazji dyskusji na temat planowanej bazy amerykańskich antyrakiet na terenie Polski). Wielkie marzenia o locie ludzi na Marsa zostały zastąpione skromniejszymi, lecz dużo bardziej sensownymi z punktu widzenia nauki programami badania powierzchni Czerwonej Planety za pomocą bezzałogowych łazików. Również pomysł budowy stałej bazy na Srebrnym Globie, jak się zdaje, został odłożony ad Kalendas Graecas. Ekspansja człowieka w przestrzeń kosmiczną ma coraz bardziej charakter czysto intelektualny, wyzuty z heroizmu pionierów ryzykujących życiem w imię oznaczenia kolejnych obszarów, na których swój ślad odcisnęła ludzka stopa. Teleskopy kosmiczne umożliwiły sięgnięcie w odległe o miliardy lat świetlnych rejony Kosmosu i poszerzyły naszą wiedzę o początkach i ewolucji Wszechświata. To, co jeszcze w latach siedemdziesiątych wydawało się naturalną konsekwencją rozwoju techniki rakietowej — kolejne bazy kosmiczne i zasiedlanie przez człowieka innych ciał niebieskich — okazało się mrzonką. Ziemia jest jedynym miejscem w Układzie Słonecznym, na którym człowiek może żyć. Żadne habitaty nie stworzą nigdy warunków umożliwiających trwałą obecność ludzi poza naturalnym środowiskiem, w którym nasz gatunek wyewoluował. Co więcej: nawet, gdybyśmy byli w stanie dotrzeć do tętniących życiem planet o bliźniaczo podobnych warunkach klimatycznych do tych, które panują na naszej planecie, zasiedlenie tych rajskich zaświatów mogłoby się okazać niemożliwe. Na przeszkodzie stanęłaby przypuszczalnie zupełnie odmienna biologia, stwarzająca istotne zagrożenia dla życia ludzkiego, dużo trudniejsze do odparcia niż zimna próżnia martwych globów. Wśród badaczy Kosmosu niewątpliwie istnieje nieporównanie większa, niż wśród miłośników opowiadań fantastycznonaukowych świadomość tego, że jesteśmy z naszą macierzystą planetą związani na dobre i na złe.

I tu właśnie pojawia się pytanie: po co nam loty w Kosmos? Są potrzebne jako źródło wiedzy, skąd się wzięliśmy i jak powstała ta nasza błękitna oaza życia na kosmicznej pustyni, jaka jest budowa i historia Wszechświata. To wszystko są prawdy dość oczywiste. Pojawiają się wprawdzie koncepcje pozyskiwania z planetoid cennych minerałów metalicznych, ale — pomimo tego, że znikome ciążenie panujące na tych ciałach niebieskich ułatwiałoby transport urobku na Ziemię, wciąż jest to perspektywa w skali przemysłowej nieosiągalna na obecnym poziomie rozwoju techniki a co najważniejsze, nieopłacalna z ekonomicznego punktu widzenia, gdyż źródła tych surowców wciąż są obecne na Ziemi i dalekie jeszcze od wyczerpania. Wygląda więc na to, że najważniejszą korzyścią, jakiej możemy oczekiwać od dalszej realizacji programów kosmicznych wychodzących poza utrzymanie satelitów Ziemi jest poszerzenie wiedzy naukowej o świecie, w którym żyjemy.

Mała błękitna kropka

Wiedza ta jednak nie jest tylko, jak by mógł ktoś sądzić, natury czysto teoretycznej, absorbującej astrofizyków czy kosmologów. Ponad wszelką wątpliwość, korzystając również z badań geologów, udało się powiązać znane z paleontologii dane świadczące o wielkim wymieraniu gatunków żyjących na Ziemi z uderzeniami dużych obiektów kosmicznych. Najsłynniejszym tego rodzaju wydarzeniem było wymieranie wielkich gadów na granicy kredy i paleogenu, ok. 66 milionów lat temu. Badania geofizyczne pozwoliły zlokalizować pochodzący z tego czasu ślad uderzenia dużego, dziesięciokilometrowego ciała niebieskiego, znajdujący się u wybrzeży półwyspu Jukatan w Ameryce Środkowej (krater Chicxulub). Chociaż co do tego, czy uderzenie to było jedyną przyczyną ograniczenia bioróżnorodności planety trwają wciąż ożywione dyskusje, uczeni raczej zgodni są, że posiadało istotny wpływ.


Krater Barringera, Arizona, USA. Pierwszy zidentyfikowany na Ziemi krater meteorytowy. Średnica ~1200 m, głębokość ~170 m, średnica meteorytu ~50 m, wiek ok. 50000 lat

1 2 3 4 5 Dalej..
 Zobacz komentarze (27)..   


« Astronomia   (Publikacja: 19-01-2014 Ostatnia zmiana: 17-09-2015)

 Wyślij mailem..     
Wersja do druku    PDF    MS Word

Ziemowit Ciuraj
Publicysta.

 Liczba tekstów na portalu: 16  Pokaż inne teksty autora
 Liczba tłumaczeń: 5  Pokaż tłumaczenia autora
 Najnowszy tekst autora: W hołdzie pamięci ofiar Hiroszimy i Nagasaki
Wszelkie prawa zastrzeżone. Prawa autorskie tego tekstu należą do autora i/lub serwisu Racjonalista.pl. Żadna część tego tekstu nie może być przedrukowywana, reprodukowana ani wykorzystywana w jakiejkolwiek formie, bez zgody właściciela praw autorskich. Wszelkie naruszenia praw autorskich podlegają sankcjom przewidzianym w kodeksie karnym i ustawie o prawie autorskim i prawach pokrewnych.
str. 9547 
   Chcesz mieć więcej? Załóż konto czytelnika
[ Regulamin publikacji ] [ Bannery ] [ Mapa portalu ] [ Reklama ] [ Sklep ] [ Zarejestruj się ] [ Kontakt ]
Racjonalista © Copyright 2000-2018 (e-mail: redakcja | administrator)
Fundacja Wolnej Myśli, konto bankowe 101140 2017 0000 4002 1048 6365