>
>A jeśli ktoś będzie karmił 4-latka samymi słodyczami?>
Są "źli" rodzice karmiący dziecko słodyczami i nie liczący się z jego zdaniem , są źli pedofile stosujący zły dotyk, są źli nauczyciele poniżający dzieci itp.Ale idzie mi właśnie o sytuację, gdy ktoś "liczy się" ze zdaniem dziecka, które chce jeść słodycze i daje mu te słodycze bez uwzględnienia wpływu na zdrowie.
Czy taki ktoś jest "dobry"?
>
Tezą śp. prof. Grabowskiej było to, iż nie zaprzeczała ona istnieniu złych pedofilów, nie gloryfikowała pedofilii, stwierdzała tylko fakt chyba oczywisty, że tak jak są źli pedofile tak też są i pedofile dobrzy.>
Ale świat naukowy, przynajmniej w Polsce, zaprzecza istnieniu dobrych pedofilów.W dyskusji w Wikipedii próbowałem sprecyzować pojęcie "dobrej pedofilii".
Odróżniłem dwa znaczenia.
1) Kontakty erotyczne (lub na podłożu erotycznym) z dziećmi bez użycia przemocy (fizycznej lub psychicznej).
Metodą jest tu uwodzenie (grooming), które ma doprowadzić do więzi emocjonalnej, na podstawie której dochodzi (lub nie) do seksu.
(Nie zawsze dochodzi do seksu, pedofilowi może niekiedy wystarczyć "oglądanie" i włączenie obrazów do fantazji erotycznych.)
Pedofil bierze pod uwagę odczucia dziecka, starając się, żeby było mu "przyjemnie".
Oczywiście takie zachowania pedofilne są "lepsze" niż wymuszanie kontaktów szantażem, groźbą czy siłą.
Nie przesądza to jednak, że są "dobre".
W tym znaczeniu "dobra pedofilia" istnieje, a raczej istnieją "dobrzy pedofile" (a w każdym razie "lepsi" od tych "złych").
2) Pogląd, że zachowania erotyczne (lub na podłożu erotycznym) wobec dzieci mogą być uznane za "normalne", a nawet wnoszące do kultury pewne pozytywne wartości.
W tym sensie "dobra pedofilia" jest pewną ideologią, na rzecz której (i przeciw której) można przedstawiać argumenty.
Argumentuje się na przykład, że dzieci przejawiają zachowania seksualne, że są też "istotami seksualnymi".
Faktycznie między dziećmi może dochodzić do zabaw seksualnych mieszczących się w (naszej) normie rozwojowej.
Może też dochodzić (w tzw. fazie homofilnej) do przyjaźni jednopłciowej ze składnikiem erotycznym, a nawet z kontaktami seksualnymi (to też jest w naszej normie).
Sandford nazwał to "seksualnie wyrażaną przyjaźnią".
Problematyczne jest jednak czy dopuszczalny jest taki układ między małoletnim (dzieckiem czy nastolatkiem) a dorosłym.
W wielu kulturach homoseksualne związki między adolescentem (nastolatkiem) a dorosłym były akceptowane, wręcz pożądane.
Miały one znaczenie kulturotwórcze, służąc przekazywaniu wiedzy, a przede wszystkim wartości ("formacja" intelektualna i moralna).
Podobnie w wielu kulturach akceptowane były związki (w tym małżeńskie) między dojrzewającą dziewczynką a dojrzałym mężczyzną.
O wiele trudniej byłoby znaleźć przykłady kulturowo akceptowanych związków między osobą dorosłą, a dzieckiem w sensie biologicznym (bez oznak dojrzewania).
Pewnym wyjątkiem są tu "tymczasowe małżeństwa" młodych (niezdolnych jeszcze do utrzymania rodziny) wojowników Masajów z niemiesiączkującymi jeszcze dziewczynkami.
W naszej kulturze nakazuje się (przynajmniej oficjalnie) by wszystkie uczestniczące w zachowaniach erotycznych osoby były równe (miały równą moc socjalną).
Próby wprowadzenia do naszej kultury zachowań erotycznych dorosłych wobec dzieci (a nawet adolescentów) jako części normy oznaczają faktycznie podważanie fundamentów tej kultury.
Dlatego spotykają się z tak silnym oporem.
Przykładem jest tu zawężenie rozumienia (definiowania) tolerowanego homoseksualizmu (homoseksualności).
Od wieków częścią (niekiedy dominującą) męskiej homoseksualności była pederastia czyli związki dorosłego mężczyzny z dojrzewającym chłopcem.
Obecnie homoseksualność jest tolerowana, ale za cenę wykluczenia pederastów (boyloverów).
Formalnym wyrazem tego wykluczenia było usunięcie boyloverskiej organizacji NAMBLA z szeregów gejowskiej ILGA.
Ciekawe ilu z broniących "normalności" homoseksualizmu uczestników forum byłoby gotowych uznać "normalność" pederastii (boylove)?
Podejrzewam, że po uświadomieniu sobie, że jedną z tych "osób tej samej płci" z definicji homoseksualności może być nastolatek, a drugą np. czterdziestolatek, przeszłaby im chęć obrony.
"Wara od naszych dzieci" to hasło słynnego amerykańskiego ruchu antyhomoseksualnego (homofobicznego).
A geje oczywiście tłumaczą, że oni nie są żadnymi tam efebofilami lecz uczciwymi androfilami.
Tym bardziej "wywrotową" jest propozycja akceptacji zachowań pedofilnych.
Jednak uważam, że dyskusja na ten temat powinna być dopuszczalna, i że przepis w k.k. jej zakazujący jest sprzeczny z zasadą wolności słowa.
Lew-Starowicz w pracy "Seks w kulturach świata" przedstawił zachowania seksualne w różnych kulturach; każda z nich ma swoje zalety, ale też i pewne wady.
Myślę, że zachowania pedofilne mogłyby być zaakceptowane w obrębie kultury skrajnie hedonistycznej.
Nasza kultura taką kulturą nie jest.
Inną możliwością (raczej dotyczącą efebo- i hebefilii niż pedofilii) jest kultura oparta na osobistych jednopłciowych więziach, w tym międzypokoleniowych ("stowarzyszenia" męskie i żeńskie).
W naszej kulturze takie stowarzyszenia funkcjonują jedynie na pewnych bardzo ograniczonych obszarach (na pewnych uczelniach wyższych) i obejmują wyłącznie osoby pełnoletnie.
Pewnym wyjątkiem jest skauting, stąd wręcz paniczny lęk przed homoseksualnością w jego szeregach.
Ogólnie jednak nasza kultura opiera się na więziach rodzinnych (krewniaczych) i związanych z pracą (zatrudnieniem).
W żadnej z wypowiedzi zwolenników "dobrej pedofilii" nie znalazłem propozycji jak włączyć (zasymilować) zachowania pedofilne w naszą kulturę lub jak zreformować tę kulturę by znalazło się w niej dla takich zachowań miejsce.
A przede wszystkim na czym miałoby polegać owo "dobro".
Pozdrawiam.