Czasem, gdy myślę sobie o różnych, bardziej i mniej poważnych przedmiotach sporów światopoglądowych, albo obserwuję takie spory, gdzie jedna strona uparcie trzyma się tezy zupełnie przeciwnej do tezy strony drugiej, dochodzę do trochę dziwnego wniosku. Przykład z gimnazjalnej ławki: Maciek zawsze był gorącym zwolennikiem Janusza Korwin-Mikke, podczas gdy Marta zawsze uważała, że to skończony wariat. Gdy między poważnymi gimnazjalistami dochodzi do burzliwej rozmowy na temat Korwina, zarówno Maciek jak i Marta z góry zakłada, że ich oponent jest w błędzie i żaden z nich nie ma cienia wątpliwości, że niezależnie od treści debaty będzie dalej podtrzymywał swoje stanowisko. Postawmy się teraz w roli Maćka, zakładając, że argumentacja Marty jest równie dziecinnym, symetrycznym odbiciem następującej:
>Obejrzałem setkę filmików o Korwinie w internecie i wiem, że to co mówi Korwin to najprawdziwsza z prawd. Marta z kolei jest pieprzonym lewakiem i chce wprowadzić gejostwo do Polski. Wiem, że Marta niby interesuje się polityką, ale to głupia dziewczyna, a dziewczyny nie znają się absolutnie na niczym.
Dlaczego Maciek i Marta z góry zakładają, że mają rację? Jakie są ich podstawy do twierdzenia, że teza przeciwnika jest błędna, skoro ich opinia na temat samego przeciwnika jest całkowicie subiektywna, bo zbudowana na podstawie prezentowanego przezeń poglądu a może raczej na podstawie sprzeczności tego poglądu z moim? Maciek nie wie, że IQ Marty wynosi zaledwie 90, podczas gdy jego własne.. |