Od dłuższego czasu męczy mnie pytanie, które dotyczy pozyskiwania i odzyskiwania wody. Zdaje mi się, że na to pytanie powinien odpowiedzieć hydrolog, bo moje rozumowanie uważam za "zbyt proste".
A oto i zagadnienie: Z wielu stron jesteśmy "atakowani" apelami: oszczędzaj wodę. Zawołanie jest niby proste i "każdy wie" o co chodzi, ale mnie coś tu nie pasuje. Dla prostoty rozumowania, aby nie wprowadzać pobocznych wątków, zakładam, że wszyscy działają rzetelnie i zgodnie z tym do czego zostali powołani. Wiemy, że woda w przyrodzie krąży w obiegu zamkniętym, więc nie da się jej pozyskać "znikąd". To co "zużyjemy" musimy pozyskać na nowo. Przyjmijmy, że opłaty za wodę idą w całości na utrzymanie wodociągów i oczyszczalni. Muszę przyjąć jeszcze jedno założenie, którego zupełnie nie jestem pewien (ale brzmi pociągająco) - łatwiej oczyścić mniej brudną wodę niż bardziej zanieczyszczoną.
Skoro każe nam się oszczędzać wodę, to: - "zużywamy" mniej wody, a przez to mniej płacimy na jej "utrzymanie" - ta sama ilość brudu jest zmywana przez mniejszą ilość wody czyli ścieki są "brudniejsze"
Jeśli powyższe jest słuszne, to służby odpowiedzialne za wodę mają mniej pieniędzy na swoją działalność, a na dodatek dostarczamy im "brudniejsze" ścieki. Muszą dłużej je oczyszczać mając mniej pieniędzy.
Nie chcę przez to powiedzieć, że powinniśmy zostawiać otwarte krany, aby pieniądze płynęły (!) do wodociągów i oczyszczalni, a ścieki były czystsze.
Jeśli jednak to rozumowanie "coś w sobie ma", to.. |